Szukaj w serwisie

Ostatnie na forum

test

Sami swoi

Ze sporym, bo 26 minutowym, opóźnieniem rozpoczęła się XXX Nadzwyczajna Sesja Rady Gminy, która 31 marca 2026 roku obradowała w Nowym Żmigrodzie. Zwoływanie sesji nadzwyczajnych (na 3 sesje Rady Gminy w 2026 roku, 2 były nadzwyczajne) może świadczyć o dwóch rzeczach: że radni nie mają nic do powiedzenia, więc zwoływanie sesji jest zbędne i drugie, znacznie ciekawsze, że Wójt składa wniosek o zwołanie takiej sesji, bo w innym przypadku radni dostaliby tylko połowę diety (§4 uchwały XXV/123/2025). A tak, za półtorej godziny siedzenia i podniesienie pary razy ręki te 500 zł wpadnie. Przed świętami… Taki bonus.

By jednak tradycji stało się zadość, skoro już poświęciłem trochę czasu na oglądanie tej sesji, wypadałoby to i owo o niej napisać. Radni jednogłośnie, bo jakże by inaczej, przyjęli „Gminny Program Wspierania Rodziny na lata 2026-2028”. Wprawdzie, aby zachować ciągłość, ten dokument powinien zostać przyjęty w grudniu 2025 roku, ale przecież to jest szczegół nie wart nawet wzmianki. Wprawdzie ktoś mógłby zadać pytanie: w oparciu o jakie podstawy prawne były prowadzone działania w I kwartale 2026 roku dotyczące wsparcia rodzin ale kogo to interesuje? Radnych? Nie wygłupiajmy się! Być może te pytania były zadawane w czasie posiedzeń komisji Rady o której Przewodniczący Rady wspomniał, ale – zgodnie ze żmigrodzką tradycją – pan Przewodniczący Rady o terminach posiedzeń komisji informuje tylko samych swoich, czyli radnych i sołtysów, bo „Rada jest nasza a nie wasza”. Wprawdzie art. 11b ustawy o samorządzie gminnym mówi, że „jawność działania organów gminy obejmuje w szczególności prawo obywateli do uzyskiwania informacji, wstępu na sesje rady gminy i posiedzenia jej komisji /…/”, ale widocznie ustawodawca swoje a Przewodniczący Rady Gminy w Nowym Żmigrodzie swoje. Wprawdzie to kiedyś może się źle skończyć dla naszych gminnych włodarzy i pewnie źle się skończy, ale – póki co – chwilo trwaj, chwilo jesteś piękna! Oczywiście, dzięki takim działaniom zarówno radni, których czasami ktoś pyta, dlaczego zachowują się na sesjach niczym pacynki podnoszące na komendę rączki, jak i sam pan Wójt mogą opowiadać hocki-klocki w rodzaju: wprawdzie na sesjach milczymy, ale na komisjach to ho-ho-ho jacy jesteśmy odważni i bojowi. Cóż… Są ludzie, którzy wierzą w bajki o latających smokach, więc być może są i ludzie, którzy wierzą w opowieści o radnych sprzeciwiających się woli Wójta. Podejrzewam jedna, że znakomita większość, gdy to słyszy, patrzy na rozmówcę z politowaniem. A potem na niego głosuje, bo to swój chłop… 

Zaraz po tym, gdy przyjęto „Gminny Program Wspierania Rodziny” radni z rozpędu przegłosowali „Program opieki nad zwierzętami bezdomnymi”, który będzie obowiązywał w 2026 roku. W stosunku do roku 2025 zwiększono o 5 tys. zł (z 65 na 70 tys. zł) wydatki na ten cel, zmieniono schronisko (było schronisko w Suchedniowie, będzie schronisko w Jaśle). Swoją drogą, jak nasza Gmina realizowała umowę ze schroniskiem „Baros” w Suchedniowie w ubiegłym roku, skoro – po kontrolach – to schronisko w lutym 2026 roku przestało przyjmować nowe psy? Jestem wszak święcie przekonany, że zanim nasza Gmina w ubiegłym roku podpisała umowę z „Barosem”, przedstawiciele UG sprawdzili, że to schronisko rzeczywiście zapewnia – jak to napisano w uchwale Rady Gminy – „odpowiednie warunki bytowe adekwatne do potrzeb danego gatunku, rasy, płci, wieku w tym utrzymanie zwierząt i miejsca ich przebywania w czystości”. Z pewnością w Urzędzie Gminy jest na to stosowny protokół z wizyty w Suchedniowie, bo dobrostan zwierząt wszystkim leży na sercu (§2 pkt. 5 uchwały nr XVI/78/2025). Radni na pewno o to pytali w ubiegłym roku, może nie na sesji, bo nie chcieli się wymądrzać, ale na posiedzeniu komisji. Gdyby któryś z radnych miał protokół z tej wizyty w Suchedniowie to proszę podesłać na adres email redakcji i my, by uniknąć niepotrzebnych pytań i zbędnych domniemań, go opublikujemy. Swoją drogą, gdyby nam dostarczono protokół z oględzin schroniska „Mordeczka” to też chętnie go opublikujemy. Należy dodać, że gwarantujemy anonimowość… Wprawdzie, jak – świadomie bądź nie – zdradził radny Adam Harowicz, w ubiegłym roku „żadne ze zwierząt nie trafiło do schroniska” ale otwartym pozostaje pytanie: czy zgodnie z cytowaną uchwałą za ubiegły rok nasza Gmina zapłaciła jakieś pieniądze tytułem „opłaty za utrzymanie miejsca w schronisku”?

Kolejnym punktem programu było przyjęcie uchwały o wyrażenie zgody na zakup działki o numerze ewidencyjnym nr 1443 w Nienaszowie (polska.geoportal2.pl ułatwia jej znalezienie) o powierzchni 19,28 ara za kwotę 38 560 zł, co daje jakieś 2 tys. zł za ar, czyli 20 zł za m2. Jako, że nie interesowałem się cenami działek budowlanych na obrzeżach Nienaszowa, nie wiem, czy to dużo, mało czy w sam raz? Działka – jak przekonywał Wójt – jest potrzebna po to, by połączyć drogę wiodącą w stronę cmentarza w Nienaszowie (działka nr 1789) z drogą powiatową Toki - Kobylany, co znacząco skróci dojazd mieszkańców Sośnin do centrum Nienaszowa i ułatwi dojazd do pól. Oczywiście, pod warunkiem, że Gmina wykona 315 m drogi na tej działce… Przewodniczący Rady, nie wiadomo w sumie po co, wygłosił sakramentalną formułkę: czy państwo chcecie zadawać pytania? ale radni postanowili się zachować wstrzemięźliwie i pytań nie zadawać. Czy potrafimy wyobrazić sobie taką sytuację, że w Radzie Gminy Nowy Żmigród znalazł się radny, który zapytał: czy wszyscy mieszkańcy naszej Gminy mają już zapewniony dojazd do własnych domów, że zamierzamy wydać kilkadziesiąt, a w perspektywie kilkaset tysięcy złotych, by paru osobom ułatwić dojazd do pól czy skrócić o dwa kilometry drogę na cmentarz? Wprawdzie wyobraźnia to cenna rzecz ale takiego pytania sobie nie wyobrażam. Zresztą nie tylko ja. Radni wolą skupić się na tym, co ważne dla nich osobiście a nie na tym, co ważne dla innych. Zgodnie ze starym powiedzeniem o kożuchu i koszuli… By zatem nie stwarzać problemów, radni – jednogłośnie oczywiście – decyzję podjęli. Z lekkimi problemami, bo zawiódł sprzęt do głosowania ale decyzje podjęli.

A potem jeszcze – też z rozpędu! – podjęli decyzje o przeznaczeniu 60 tys. zł na nowy samochód policyjny, bo Policja w naszym kraju w ostatnich latach tak zeszła na psy, że aby kupić nowy samochód za 200 tys. zł, to okoliczne samorządy muszą dołożyć połowę kwoty. I tak: Nowy Żmigród dołoży 60 tys., Osiek Jasielski 30 a Krempna 10 tys. Dyskusji też nie było, bo skoro Wójt powiedział, że została podjęta taka decyzja, to nad czym niby mieli radni jeszcze dyskutować? I po co? Przy okazji jeszcze radni zmienili uchwałę budżetową a następnie przegłosowali zmiany w Wieloletniej Prognozie Finansowej. Wprawdzie, kolejność głosowania powinna być odwrotna, czyli wpierw WPF (art.  230 ust. 6 ustawy o finansach publicznych) a potem zmiany w budżecie, ale widocznie Przewodniczący Rady jeszcze tego nie doczytał. Swoją drogą, nigdy jeszcze w historii nie było w naszej Gminie sytuacji, by radni zadali kiedykolwiek pytanie w kwestii WPF. Zresztą, żeby o tym dyskutować trzeba mieć choćby elementarną wiedzę… A czy radni mają taką wiedzę? Cóż… Aby zostać radnym nie trzeba mieć doświadczenia, znajomości procedur, prawa administracyjnego, finansów publicznych. Można nawet nie wiedzieć, czym jest Wieloletnia Prognoza Finansowa, a podejmować decyzje o wielomilionowych inwestycjach. To trochę tak, jakby pozwolić kierowcy bez prawa jazdy prowadzić autobus szkolny. Absurdalne? A jednak dokładnie tak to działa. I to nie złośliwość, tylko fakt. Gdy słucham jak wiceprzewodniczący Rady łamiącym się ze wzruszenia głosem składa podziękowania dla Wójta za przeznaczenie pieniędzy na remont Domu Ludowego w Nienaszowie, to aż mi się chce krzyknąć: panie radny! Podziękowania należą się wszystkim: panu, mnie, pani Kasi z Biedronki i panu Józkowi, bo to my jesteśmy sponsorami tej inwestycji! Bo to nasze pieniądze, te z naszych podatków. Z VAT-u płaconego przy kasie. Z PIT-u, który znika z pensji. Z opłat lokalnych, akcyzy, składek, koncesji. Z dotacji unijnych, które również pochodzą z budżetów państw członkowskich – czyli… z naszych podatków, tylko przez Brukselę. To, my, obywatele jesteśmy sponsorami samorządu! A tak przy okazji tej wypowiedzi, znalazłem gdzieś w Internecie taki wierszyk, który radnym może się przydać: Wójcie, o mój wójcie, tyś ojcem, a nawet matką wspólnoty, Słońcem naszej gminy, otaczasz nas swoją miłością i troską, za co ci dziękujemy! Lepiej być przygotowanym, by inni nie ubiegli… A gdyby jeszcze pan Przewodniczący Rady tymi prostymi, a jakże prawdziwymi, słowami otwierał każdą sesję Rady Gminy? 

Przez kilka miesięcy, z różnych powodów (przede wszystkim zainteresowań historycznych), portal praktycznie wcale nie zajmował się funkcjonowaniem naszego lokalnego samorządu. Byliśmy ciekawi, co przez ten czas, gdy nikogo nie krytykowaliśmy, się zmieniło i niestety, z przykrością należy stwierdzić, że kompletnie nic! Było to co jest. Skoro zatem nic się nie zmieniło, to najwyższa pora znowu zacząć opisywać skrzecząco-groteskową gminną rzeczywistość… :)

SP_READ_MORE

Ludzie książki piszą - część druga

Zgodnie z obietnicą przedstawiamy drugą część recenzji książki autorstwa Jerzego Józefa Dębca "Z dziejów Nowego Żmigrodu w latach 1800-2000"...

Rozdział drugi ma tytuł “Historia sądu w Nowym Żmigrodzie”. Nikt chyba nie ma wątpliwości, że długoletnie istnienie instytucji, po której szczęśliwie pozostał budynek obecnego liceum godne jest opisania. Jednak czy “autor” podołał temu zadaniu? Przekonajmy się. Rozdział ten dzieli się na cztery części.

Pierwsza (str. 189) ma tytuł: “Sąd okręgowy, powiatowy i grodzki w Żmigrodzie i jego pracownicy”, gdzie możemy przeczytać 13 linijek wstępu: “Sąd w Nowym Żmigrodzie powstał w połowie XIX wieku, prawdopodobnie w 1850 r. Na mocy dekretu ustanowiono wtedy sąd okręgowy w obwodzie jasielskim. Następnie powstały sądy powiatowe i grodzkie. Żmigrodzki sąd rozpoczyna działalność jako urząd okręgowy, następnie powiatowy i grodzki.” Niestety “autor” nie wyjaśnia różnicy między tymi nazwami, nie tłumaczy dlaczego one się zmieniały, nie odnosi się np. do zmian w podziale administracyjnym Galicji, który miał na to wpływ, nie pisze nic o tym, że sąd utworzył austriacki zaborca, że na jego funkcjonowanie miała np. wpływ okupacja rosyjska z lat 1914-1915, ani o tym, że od jesieni 1918 r. była to już instytucja polska. Widocznie czytelnik sam ma o tym wiedzieć.

Dalej “autor” pisze: ”Poniżej przedstawiam informacje dotyczące pracy sądu w Żmigrodzie, zaczerpnięte z archiwalnej prasy. Na podstawie wycinków prasowych można się dowiedzieć, kto pełnił rolę notariusza, a kto adwokata, a wreszcie, kto przeciw komu występował w sądzie. W prasie można odnaleźć bardzo ciekawe i wartościowe informacje historyczne. Zapraszam do prześledzenia wydarzeń sądowych w okresie od 1850 do II wojny światowej.” Czyli nie poznamy historii sądu, napisanej przez J.J. Dębca, ale poznamy treść wycinków prasowych, mówiących o jego funkcjonowaniu, a także takich, które sąd zalecił opublikować, rozpatrując różnorakie sprawy. “Autor” dodaje: “Niektóre teksty z prasy zostały przepisane z powodu ich złej jakości i nieczytelności, te dobrej jakości pozostawiłem w oryginale. Przepisany tekst ze skanów artykułów jest zgodny z oryginalnym zapisem w języku epoki.”

Na kolejnych stronach (str. 189-217) możemy przeczytać 60 przepisanych i 19 podanych w formie zdjęcia, w żaden sposób nieskomentowanych notatek prasowych, dotyczących różnych spraw związanych z funkcjonowaniem sądu. Czy ta chronologiczna mozaika z lat 1853-1934 ma sens? “Autor” na str. 217 wyjaśnia po co ją “stworzył”: “Skoncentrowałem się na najważniejszych wydarzeniach jakie rozstrzygał sąd w sprawach międzyludzkich lub gdy obwieszczał konkursy, czy ogłoszenia o pracę.” Dziwnym nam się wydaje, że za jedną z najważniejszych spraw J.J. Dębiec uznał np. sprawę sądowej licytacji pola właściciela X, z której to pieniądze pójdą dla pana Y, bo X pożyczył od Y pieniądze i ich nie oddał. Trudno uznać za najważniejszą sprawę mieszkańców Gorzyc, czy Łysej Góry, którzy zostali przez sąd uznani za marnotrawców. Szkoda, że J.J. Dębiec nie wyjaśnił jakie skutki prawne taka decyzja za sobą pociągała. Nie sądzimy też, że najważniejszą sprawą dla funkcjonowania sądu jest prawne uznanie kogoś za obłąkanego. Pada tam nazwisko i miejscowość. Po co to przepisywać? Przypominać po niemal 120 latach?

Na str. 217 J.J. Dębiec pisze, że dzięki przeglądaniu starych gazet mógł ustalić kto i w jakim charakterze w sądzie pracował. Efekt swojej pracy, czyli druga, trzecia i czwarta część rozdziału zostały zaprezentowane na kolejnych stronach. Na str. 218 jak nagłówek głosi, zamieszczono spis sędziów z lat 1869-1932. Jednak uważny czytelnik dostrzeże tam również, oprócz nazwisk i dat takie nazwy jak adiunkt, kancelista, urzędnik sądu, naczelnik sądu, kierownik kancelarii sądu, kierownik sekretariatu sądu, sekretarz sądu, prezes sądu. Żadna z tych nazw nie jest wyjaśniona, więc czy każdy z nich był sędzią? “Autor” pozostawia nas w niepewności.

Na str. 219-220 czytamy spis adwokatów z lat 1900-1944. Jednak uważny czytelnik znajdzie tam również nazwę kurator sądowy. “Autor” znowu pozostawia nas w niepewności i nie wyjaśnia czy te funkcje są tożsame.

Na str. 220 J.J. Dębiec zamieścił spis oskarżycieli sądowych z lat 1878-1918. Chociaż ostatni na liście Adolf Kłapkowski, według tego co tu napisano, pełnił tę funkcję w latach 1905-1914.

Wszystkie te spisy, jak przyznaje “autor” są niepełne.

Na tym rozdział pt. “Historia Sądu w Nowym Żmigrodzie” się kończy. Zatem czy zadanie napisania historii instytucji sądu J.J. Dębiec wykonał? Naszym zdaniem nie. Poza tym czy ta “historia” jest napisana, czy przepisana?

Przechodzimy do trzeciego rozdziału książki (str. 221-309), który ma tytuł “Historia poczty i telegrafu w Nowym Żmigrodzie”. Rozpoczyna go tekst pt. “Historia Poczty Polskiej”. Nie jest on opatrzony przypisem, więc spodziewamy się, że wreszcie jest to jakiś oryginalny tekst J.J. Dębca. Znowu przeżywamy rozczarowanie. Właściwym autorem tekstu jest pan Feliks Źrebiec. Każdy może to sprawdzić.

Na str. 221-228 pan “autor”, bez porozumienia z panem Feliksem Źrebcem, wydrukował w całości jego tekst z nr 1 “Regionu Żmigrodzkiego” z 2009 (str. 15) pt. “Z dziejów Poczty Polskiej”: https://nowyzmigrod.eu/regiony/region%20%C5%BCmigrodzki%202009/01_2009.pdf i tekst pt. “Poczta Polska cz. II” z nr 2 z 2009 (str. 14-15): https://nowyzmigrod.eu/regiony/region%20%C5%BCmigrodzki%202009/02_2009.pdf. Jakim prawem to zrobił? Jakim prawem przedrukował oba teksty i nadał im inny tytuł?

Kolejną częścią rozdziału o poczcie jest przedrukowany w całości artykuł pt. “Wiejski listonosz” autorstwa… Feliksa Źrebca, który ukazał się w “Regionie Żmigrodzkim” w nr 3 z 2009 r. (str. 15): https://nowyzmigrod.eu/regiony/region%20%C5%BCmigrodzki%202009/03_2009.pdf. Jakim prawem “autor” umieścił go w “swojej książce” na stronach str. 228-231?

Następnie, u dołu str. 231-232 znajduje się tytuł “Historia Poczty Polskiej w Żmigrodzie”, a pod nim 10 linijek tekstu, który nas informuje, że za chwilę przed naszymi oczami zostaną nakreślone fakty, “jakie miały miejsce w historii poczty żmigrodzkiej na podstawie “Kroniki Urzędu Pocztowego” z roku 1978, napisanej na zlecenie naczelnika tego urzędu, a także doniesień opublikowanych w ówczesnych gazetach.” Dowiadujemy się też, że opracowanie graficzne kroniki przygotowała Irena Sroczyńska, a zarys historyczny opracował Karol Bal.

A więc co my teraz będziemy czytać? Tekst napisany przez J.J. Dębca “na podstawie kroniki”? A może jednak, nauczeni doświadczeniem poprzednich rozdziałów, będziemy po prostu czytać kronikę? Jak państwo myślicie? Oczywiście zaskoczenia brak. Na str. 232-299 został przedrukowany tekst “Kroniki Urzędu Pocztowego w Nowym Żmigrodzie”, której oryginał, jak czytamy na str. 233 znajduje się w Muzeum w Nowym Żmigrodzie. Jest to interesujący dokument z czasów PRL, gdzie znajdziemy nie tylko informacje o samym urzędzie, o życiu codziennym w Nowym Żmigrodzie, ale i m.in. dane personalne pracowników z lat 1945-1982.

Na str. 298 znajduje się ostatni wpis kroniki, który pozwolimy sobie zacytować w całości: “Dnia 31 grudnia 1982 r. Z datą dzisiejszą Karol Bal zakończył prowadzenie kroniki a zarazem wszystkie czynności związane z pracą naczelnika poczty w Nowym Żmigrodzie.” Co ciekawe “autor” utworzył przypis dolny do tej notki, którego treść również pozwolimy sobie zacytować w całości: “Kronika Urzędu Pocztowego w Nowym Żmigrodzie, opracowała graficznie i przepisała Irena Sroczyńska, zarys historyczny opracował Karol Bal. Całość opracował Jerzy Dębiec". Czy my dobrze rozumiemy? Pracownikiem poczty w Nowym Żmigrodzie, jej naczelnikiem od 1955 do 1982 i kronikarzem był Karol Bal. Kronikę tę przypuszczalnie pisał ręcznie. Po latach przepisała ją do edytora i opracowała graficznie Irena Sroczyńska. Kronikę wydrukowano i dokument w takiej formie trafił do muzeum. To co oznaczają słowa, że J. Dębiec “opracował całość”? Może ktoś to wyjaśnić?

Na str. 299 znajduje się spis naczelników żmigrodzkiego urzędu. Przy nazwisku obecnego naczelnika niespodziewanie pojawiają się informacje o kierowniku z końca XIX wieku, a poniżej i przez następne strony (do str. 309) znowu czytamy kilkanaście notek ze starej prasy, tym razem dotyczących urzędu pocztowego i telegrafu. “Autor” kończąc rozdział umieścił na str. 309 zwięzły opis obecnie funkcjonującego urzędu, gdzie podaje m.in. dane personalne pracowników z roku 2021.

Mamy za sobą ponad 300 stron książki, której “autorem” jest Jerzy Józef Dębiec, a jeszcze nie napotkaliśmy jego artykułu! Co jakiś czas pojawia się komentarz, kilka zdań wstępu, uzupełnienia, podsumowania, spisy urzędników, zbiory notatek prasowych… ale nic więcej. To tak się pisze książkę? Tak się ją sporządza? Tak się ją tworzy?

Rozdział czwarty ma tytuł “Historia Ochotniczej Straży Pożarnej w Nowym Żmigrodzie” i zajmuje str. 311-339. J.J. Dębiec stwierdza na początku, że historia OSP w Nowym Żmigrodzie “została opisana w książce Czesława Leosza (1925-2018) pt. “Ochotnicze Straże Pożarne w gminie Nowy Żmigród (w zarysie historycznym). Książka ta ukazała się w 2006 r. a rozdział pt. “Zarys dziejów OSP w Nowym Żmigrodzie” wydrukowano na str. 188-218. Jednak, jak dalej pisze J.J. Dębiec “nie wyczerpuje ona jednak tematu. Dlatego postanowiłem dokładniej zrelacjonować powstanie naszej jednostki OSP oraz jej działalność społeczną.”

I rzeczywiście “autor” staje się na chwilę rzeczywistym autorem tekstu. Prostuje błędy Czesława Leosza i cytuje stare gazety, aby poprzeć swoją tezę o roku powstania żmigrodzkiej straży ogniowej. Konfrontuje ustalenia Czesława Leosza z własnymi. Na str. 314 cytuje książkę jasielskiego adwokata, tak jak się powinno cytować (inna czcionka, dolny przypis).

Jednak już na następnej stronie niestety brakuje takich zabiegów, a przydałyby się, bo u Czesława Leosza czytamy (str. 193): “Natomiast od 1910 r. strażą pożarną kierował Zarząd OSP w składzie: Leon Karciński - prezes, Kazimierz Radwański - naczelnik. Sylwester Zapałowicz - (podano Sapałowicz) - zastępca naczelnika, Józef Niemiec - sekretarz i Aleksander Nagawiecki - instruktor pożarniczy. W tym czasie do straży należało 24-ch ochotników i cały korpus strażaków czynnych był podzielony na dwa oddziały ratunkowy i sikawkowo-wodny, w celu skuteczniejszego działania w czasie akcji przy gaszeniu pożaru. Straż w tym okresie była wyposażona prawdopodobnie w 2 sztuki sikawek: jedna czterokołowa tzw. “wiedeńska” i druga przenośna tzw. “sanocka sikawka przenośna nr 56a” oraz sprzęt podstawowy m.in. bosaki, drabiny, siekiery, łomy i hełmy bojowe.” I widzimy, że w 2006 r. pan Leosz, pisząc książkę, wiele faktów ustalił.

A potem czytamy w książce “autorstwa” J.J. Dębca (str. 315): “Od 1910 r. strażą pożarna (sic!) kierował zarząd OSP w składzie: Leon Karciński - prezes (był burmistrzem od 1905 roku), Kazimierz Radwański - naczelnik, Sylwester Zapałowicz - zastępca prezesa, Józef Niemiec - sekretarz i Aleksander Nagawiecki - instruktor pożarniczy. Do straży należało 24 ochotników. Straż w tym okresie posiadała dwie sztuki sikawek: jedną czterokołową tzw. “wiedeńską” i drugą przenośną tzw. “sanocką sikawkę przenośną nr 56a” oraz sprzęt podstawowy m.in. bosaki, drabiny, siekiery, łomy i hełmy bojowe.” I widzimy, że w 2024 r. “autor” przepisuje, usuwa niektóre zdania, zmienia formę gramatyczną i nie ma wątpliwości co do ilości sikawek.

I taką formę zaczyna przybierać ten rozdział. Kolejne akapity to krótkie prostowanie błędnych informacji podanych przez Czesława Leosza, a następnie kopiowanie fragmentów jego artykułu, bez cudzysłowia i przypisu, tak jakby to J.J. Dębiec był jego autorem.

Podajmy kilka przykładów:

Fragment tekstu Czesława Leosza ze str. 194-195: “Józef R. Szaflik w opracowaniu pt. Dzieje OSP (2001) podaje, że na terenie powiatu jasielskiego w 1905 r. działało 6 straży pożarnych, które przyjęły obowiązki na siebie “straży pożarnej gminnej” w miejscowościach w Dębowcu (12 strażaków), we Frysztaku (5), Jaśle (38), Kołaczycach (21), Osieku (10), Żmigrodzie Nowym (25). Poza tym na terenie wiejskim działały dwie straże i 1 straż zawodowa w Jaśle - wówczas do straży należało 150-ciu strażaków ochotników.” Pan Leosz opatrzył ten fragment przypisem, w którym podaje numery stron cytowanej książki.

Na str. 319 książki “autorstwa” J.J. Dębca czytamy: “Józef R. Szaflik w opracowaniu Dzieje ochotniczych straży pożarnych (wyd. w 1985 i 2001 r.) podaje, że na terenie powiatu jasielskiego w 1905 r. działało 6 straży pożarnych, które przyjęły na siebie obowiązki “straży pożarnej gminnej”. Były to jednostki w miejscowościach: Dębowiec - 12 strażaków, Frysztak - 5, Jasło - 38, Kołaczyce - 21, Osiek - 10, Żmigród Nowy - 25. Poza tym na wsi działało 2 straże i 1 straż zawodowa w Jaśle. Łącznie do straży należało 150 strażaków ochotników.” J.J. Dębiec nie opatrzył tego fragmentu żadnym przypisem.

A teraz dłuższy fragment książki Czesława Leosza ze str. 195-196: “W 1921 r. na Walnym Zgromadzeniu mieszkańców i strażaków ochotników z przed 1914 r. zwołanym przez ówczesnego burmistrza Antoniego Sęczaka została reaktywowana Ochotnicza Straż Pożarna w Nowym Żmigrodzie. Wybrano wówczas zarząd OSP w składzie: Leon Karciński - prezes OSP, Konstanty Iwanyna - naczelnik (b. policjant), Stanisław Myczkowski - sekretarz, Kazimierz Radwański - zastępca naczelnika, Józef Niemiec - skarbnik i gospodarz, Aleksander Nagowiecki (sic!) - czł. Zarządu i instruktor pożarniczy. Do straży wówczas przystąpiło 16-tu strażaków ochotników. Zarząd OSP i strażacy podpisali statut i wraz z protokołem z zebrania przesłano na ręce naczelnika Okręgu Związku OSP w Jaśle dr Jana Wilusza do rejestracji. W latach 1921-1925 straż żmigrodzka dość intensywnie się rozwijała, została zaopatrzona w podstawowy sprzęt strażacki, zbudowano z drewna strażnicę z wieżą do suszenia węży i zakupiono sikawkę czterokołową we Lwowie w ówczesnym “Lwowskim Biurze Handlowym” - Lwów ul. Kościuszki 4. Wprawdzie były pewne perturbacje z zakupem sikawki produkcji sanockiej ale naczelnik Konstanty Iwanyna pobrał (ponoć) w Fabryce Budowy Wagonów i Maszyn w Sanoku - na kredyt wystawiając z upoważnienia Rady gminy weksle gwarancyjne. Sikawka zakupiona w 1922 r. służyła strażakom do wybuchu II-giej wojny światowej i w 1944 r. żołnierze niemieccy używali jej do wypompowywania wody deszczowej z okopów - na terenie Łysej Góry. Gdy straż uporała się ze sprawami organizacyjnymi i zaopatrzeniem w sprzęt strażacki Zarząd OSP przystąpił do szkolenia wszystkich strażaków na kursach podstawowych, które organizowano w Nowym Żmigrodzie.”

Porównajmy to z książką J.J.Dębca, który na str. 318-319, no właśnie pisze, czy przepisuje?

“Wiele nieścisłości zakrada się w informacjach pana Leosza, który napisał o utracie praw miejskich w 1919 roku, a także to, że w 1921 r. burmistrzem był Antoni Sęczak. Niestety informacje te zakłamują historię. Jak już wspomniałem od 1905 roku nieprzerwalnie (sic!) aż do roku 1934 burmistrzem był Leon Karciński, zasłużony działacz społeczny. Burmistrz Antoni Sęczak nie mógł więc - jak napisał pan Leosz - zwołać w 1921 r. zebrania i aktywować OSP w Nowym Żmigrodzie. Najprawdopodobniej dokonał tego burmistrz Leon Karciński, który po powrocie do Żmigrodu w 1917 roku zwołał owo zebranie, na którym podjęto uchwałę o reaktywacji OSP w Nowym Żmigrodzie. Wybrano wówczas zarząd OSP w składzie: Leon Karciński (burmistrz) - prezes OSP, Konstanty Iwanina (sic!) (były policjant austriacki) - naczelnik OSP, Stanisław Myczkowski - sekretarz, Kazimierz Radwański - zastępca naczelnika, Józef Niemiec - skarbnik i gospodarz, Aleksander Nagawiecki (sic!) - członek zarządu i instruktor pożarniczy. Do straży wówczas przystąpiło 16 strażaków ochotników. Protokół z zebrania oraz podpisany statut przesłano na ręce naczelnikowi Okręgu Związku OSP w Jaśle - dr. Janowi Wiluszowi - do rejestracji. W kolejnych latach straż żmigrodzka dość intensywnie się rozwijała, została zaopatrzona w podstawowy sprzęt strażacki, zbudowano drewna (sic!) strażnicę z wieżą do suszenia węży i zakupiono we Lwowie sikawkę czterokołową. Natomiast sikawkę tzw. “sanocką” podobno zakupił naczelnik Konstanty Iwanina (sic!) na kredyt, zastawiając (sic!) z upoważnienia Rady gminy weksel gwarancyjny. Sikawka ta służyła do wybuchu II wojny światowej, a w jej trakcie używali jej Niemcy do wypompowywania wody z okopów w Łysej Górze. Po zdobyciu wyposażenia i sprzętu do gaszenia pożarów, przystąpiono do szkolenia wszystkich strażaków.”

Każdy może ocenić podobieństwa i różnice… Swoją drogą J.J.Dębiec zapowiadał, że dokładniej niż Czesław Leosz opisze działalność OSP, a skraca jego tekst i zmienia np. prawidłowe nazwisko Konstanty Iwanyna na Iwanina, czy prawidłowe wyrażenie “wystawić weksle” na “zastawić weksel”. Czy te zmiany nie zafałszowują czasem historii?

Porównajmy kolejny fragment. Na str. 197 Czesław Leosz pisze: “Taki stan rzeczy trwał do wybuchu II-giej wojny światowej w 1939 r. Po zajęciu Nowego Żmigrodu i całej gminy przez żołnierzy niemieckich w dniu 8 września 1939 r. mieszkańcy doznali szoku moralnego i gdy opadły emocje zaczęli kalkulować na zimno sytuację polityczną. Strażacy i wszystkie jednostki w gminie pełniły swój obowiązek w myśl zasady niesienia pomocy bliźniemu - gasili pożary i udzielali pomocy wszystkim pogorzelcom wspólnie z parafiami, gdy zachodziła tego potrzeba. Okupant nie zlikwidował jednostek straży pożarnych tylko z punktu praktycznego, ale ograniczył ich samorządność.”

A na str. 320 “swojej” książki J.J.Dębiec przepisuje i nieznacznie zmienia: “Taki stan rzeczy trwał do wybuchu II wojny światowej. Po zajęciu Żmigrodu przez żołnierzy niemieckich w dniu 8 września 1939 r. mieszkańcy doznali szoku, dopiero po opadnięciu emocji zaczęli na chłodno oceniać sytuację polityczną. Okupant nie zlikwidował jednostek straży pożarnej z punktu widzenia praktycznego, tylko ograniczył ich samodzielność. Strażacy we wszystkich jednostkach w gminie nadal pełnili swoje obowiązki - w myśl zasady niesienia pomocy bliźniemu - gasili pożary i udzielali pomocy (wraz z parafiami) wszystkim pogorzelcom, gdy zachodziła taka potrzeba.”

Nie będziemy cytować i porównywać kolejnych akapitów, choć tak należałoby zrobić. Może powinniśmy napisać trzecią część recenzji poświęconą tylko temu rozdziałowi? W tym artykule zajęłoby to zbyt dużo miejsca. Jednak już to, co zaprezentowaliśmy pokazuje metodę “stworzenia” tego rozdziału: skopiować, wkleić, zmienić gramatykę, niektóre zdania przenieść wyżej, zmienić kolejność akapitów itd. itd. Jest tylko jedno pytanie: Jakim prawem? Czesław Leosz zmarł w 2018 r. i raczej nie wyraził zgody na takie potraktowanie swojej pracy. Co na to jego spadkobiercy?

Czesław Leosz napisał książkę o OSP w 2006 r. Kończąc rozdział o żmigrodzkiej straży pisze stanie jednostki z tego właśnie roku (str. 216-217): “Jednostka liczy 45 członków, w tym dwie drużyny młodzieżowe, 2-ch członków wspierających oraz 4-ch członków honorowych. Działalnością kieruje Zarząd OSP wybrany w styczniu 2006 r. w składzie: 1. Jan Smyka - prezes, 2. Zdzisław Gołębiowski - naczelnik, 3. Dariusz Gołębiowski -zast. naczelnika, 4. Krzysztof Baraś - sekretarz, 5. Janusz Brożyna - skarbnik, 6. Paweł Bazan - gospodarz. Komisja rewizyjna: 1. Andrzej Gołębiowski - przewodniczący, 2. Maciej Bartuś - członek, 3 Józef Smyka - członek. Drużyna bojowa I sekcja: 1. Piotr Bazan, 2 . Andrzej Biernacki, 3. Tomasz Gołębiowski, 4. Radosław Krajciewicz, 5. Józef Krężel, 6. Robert Sowa, 7. Aleksander Smyka, 8. Robert Spólnik, 9. Waldemar Strzelec.”

Na str. 334 w książce J.J. Dębca czytamy o 2006 r.: “Jednostka liczyła 45 członków, w tym dwie drużyny młodzieżowe, dwóch członków wspierających oraz czterech członków honorowych.

Działalnością kierował Zarząd OSP wybrany w styczniu 2006 r. w składzie:” I tu pan Dębiec powtarza wszystkie nazwiska zasiadających w zarządzie i komisji rewizyjnej, w takim samym porządku. Jednak “drużyna bojowa I sekcja” ma w “jego” książce następujący skład: “1. Piotr Bazan, 2 . Andrzej Biernacki, 3. Tomasz Gołębiowski, 4. Radosław Krajciewicz, 5. Józef Krężel, 6. Robert Sowa, 7. Aleksander Smyka, 8. Robert Spólnik, 9. Waldemar Strzelec, 10. Jerzy Dębiec.”

Czy ta zmiana czasem nie zafałszowuje historii?

Rozdział piąty ma tytuł “Historia banku w Nowym Żmigrodzie” i składa się z dwóch podrozdziałów. Pierwszy z nich pt. “Towarzystwo Zaliczkowe w Nowym Żmigrodzie - geneza powstania” (str. 341-350) jest przedrukiem “Kroniki Banku w Nowym Żmigrodzie”, zaś drugi pt. “Dokumenty, ogłoszenia i zawiadomienia związane z działalnością Kasy Zaliczkowej w okresie jej działalności” (str. 350-359) to przypadkowy zbiór głównie prasowych ogłoszeń i zdjęć, które jak i poprzednio pojawiają się tu bez komentarza, bez omówienia i z ewidentnymi błędami.

Przykład? Proszę. Na s. 355 “autor” publikuje zdjęcie “Zjazdu gospodarczego w Nowym Żmigrodzie”, które pochodzi z Narodowego Archiwum Cyfrowego sygn. 3/1/0/8/572. Tylko dlaczego J. J. Dębiec jako źródło podaje Archiwum TMNŻ? I dlaczego lokalizuje to zdjęcie na rok 1911, skoro widać wyraźnie, że przed budynkiem Towarzystwa Zaliczkowego (dzisiejszy GOK) stoi m.in. nauczyciel Daniel Grün w mundurze Wojska Polskiego? Czy “autor” nie wie, że pan Grün, jak można przeczytać w kronice szkoły, sprowadził się w Nowego Żmigrodu w 1922 r. i raczej nie mógłby w 1911 r. w mundurze oficera Wojska Polskiego paradować po ulicy?

Sprawa użycia zdjęć w omawianej przez nas książce również wymaga zbadania. My na razie skupiamy się na tekstach. Wróćmy zatem do tekstu pt. “Towarzystwo Zaliczkowe w Nowym Żmigrodzie - geneza powstania”, gdyż był on już niegdyś drukowany. W sześciu częściach ukazał się w “Regionie Żmigrodzkim” w roku 2011.

Część pierwsza w nr 2 (str. 5):

https://nowyzmigrod.eu/regiony/region%20%C5%BCmigrodzki%202011/02_2011.pdf

Część druga w nr 3 (str. 11): https://nowyzmigrod.eu/regiony/region%20%C5%BCmigrodzki%202011/03_2011.pdf

Część trzecia w nr 4 (str. 15): https://nowyzmigrod.eu/regiony/region%20%C5%BCmigrodzki%202011/04_2011.pdf

Część czwarta w nr 5 (str. 5): https://nowyzmigrod.eu/regiony/region%20%C5%BCmigrodzki%202011/05_2011.pdf

Część piąta w nr 7 ( str. 14) https://nowyzmigrod.eu/regiony/region%20%C5%BCmigrodzki%202011/07_2011.pdf

Część szósta w nr 8 (str. 7)

https://nowyzmigrod.eu/regiony/region%20%C5%BCmigrodzki%202011/08_2011.pdf

Wszystkie te artykuły mają tytuł “Towarzystwo Zaliczkowe w Żmigrodzie Nowym” i są podpisane tak samo:Zofia Bilska (na podstawie kroniki BS w Nowym Żmigrodzie)”. W książce “autorstwa” J.J. Dębca tej informacji nie ma. A teksty są niemal identyczne. Niemal, gdyż “autor” inaczej podzielił akapity, dokonał kilku zmian, np. wyraz “renesans” zastąpił “odrodzeniem”, usunął niektóre fragmenty i dopisał współczesne informacje o banku.

Jakim prawem J.J. Dębiec przedrukował te artykuły? Jakim prawem dokonał w nich zmian, skoro nie jest ich autorem?

Rozdział szósty (s. 361-374) pt. “Historia tartaku w Mytarce”, jak głosi przypis dolny (s. 361) “został napisany na podstawie materiałów zgromadzonych w Archiwum Towarzystwa Nowego Żmigrodu oraz: Eugeniusz Morawski, Historia powstania tartaku w Mytarce, “Region Żmigrodzki” 2003 (...)” i tu padają numery gazety i strony, na których artykuły się ukazywały. Intryguje nas stwierdzenie “został napisany na podstawie”. Rozumiemy, że J. J. Dębiec zgromadził jakieś dokumenty, archiwalia, może relacje pracowników, przeczytał też bardzo uważnie pracę p. Eugeniusza Morawskiego (1917-2007), która ukazała się w “Regionie” w 9 częściach (z czego ostatnia jest życiorysem autora), a następnie “na podstawie” tego wszystkiego napisał ten rozdział. Czy tak jest? Bynajmniej.

W tym rozdziale “autor” przepisał artykuły p. Eugeniusza Morawskiego prawie w całości. Prawie, bo poprzestawiał niektóre zdania, inaczej podzielił akapity i usunął np. akapit: “Za czasów austriackich wśród robotników naftowych w kopalniach działała Unia Górników (UG) przekształcona w 1918 roku w Związek Robotników Przemysłu Górniczego w Polsce (ZRPG), a po zjednoczeniu z Polskim Związkiem Zawodowym (w 1924 roku) utworzono Centralny Związek Górnictwa w Polsce z siedzibą w Krakowie (CZG). Działaczami w zagłębiu krośnieńskim byli m.in. Karol Pilch, Antoni Bocheński, Feliks Baranowski, Emil Jerzyk. Związek miał szereg osiągnięć w latach 1928 i 1934, kiedy to przemysłowcy naftowi wypowiedzieli umowę zbiorową, żądając 17% obniżki płac robotniczych i zmian urlopów. CZG obronił górników, zawierając nowy układ, który obniżył płace tylko o 1% i utrzymał 46-godzinny tydzień pracy.”

Dlaczego J. J. Dębiec uznał, że ten akapit jest niepotrzebny? Dlaczego uznał, że artykuł p. Morawskiego należy poprawić?

Podajemy linki do archiwalnych numerów “Regionu Żmigrodzkiego” z 2003 r. Zachęcamy do samodzielnego sprawdzenia podobieństw i różnic oryginalnych tekstów Eugeniusza Morawskiego i tego, co zrobił z nimi J.J. Dębiec:

Część pierwsza w nr 2 (str. 13): https://nowyzmigrod.eu/regiony/region%20%C5%BCmigrodzki%202003/02_2003.pdf

Część druga w nr 3 (str. 7):

https://nowyzmigrod.eu/regiony/region%20%C5%BCmigrodzki%202003/03_2003.pdf

Część trzecia w nr 4 (str. 15):

https://nowyzmigrod.eu/regiony/region%20%C5%BCmigrodzki%202003/04_2003.pdf

Część czwarta w nr 5 (str. 15):

https://nowyzmigrod.eu/regiony/region%20%C5%BCmigrodzki%202003/05_2003.pdf

Część piąta w nr 6 (str. 15):

https://nowyzmigrod.eu/regiony/region%20%C5%BCmigrodzki%202003/06_2003.pdf

Część szósta w nr 7 (str. 15):

https://nowyzmigrod.eu/regiony/region%20%C5%BCmigrodzki%202003/07_2003.pdf

Część siódma w nr 8 (str. 15):

https://nowyzmigrod.eu/regiony/region%20%C5%BCmigrodzki%202003/08_2003.pdf

Część ósma w nr 9 (str. 15):

https://nowyzmigrod.eu/regiony/region%20%C5%BCmigrodzki%202003/09_2003.pdf

Część dziewiąta (życiorys autora) w nr 10 (str. 15):

https://nowyzmigrod.eu/regiony/region%20%C5%BCmigrodzki%202003/10_2003.pdf

Oprócz usuwania zdań, “autor” dokonuje redakcji i np. gdy Eugeniusz Morawski pisał: “Z naciskiem podkreślam, że w latach mojej pracy na stanowisku głównego księgowego oraz pełnionej równocześnie, z przerwami dodatkowej funkcji z-cy kierownika w latach 1954-1979, wielokrotnie zdarzały się przypadki (w dzień lub w nocy) wybuchu pożaru w hali traków, ale zakładowa sekcja straży pożarnej z komendantem Władysławem Walaszkiem na czele oraz cała załoga, tłumili pożary w zarodku.”

To “autor” postanowił to poprawić na:W latach pracy Eugeniusza Morawskiego na stanowisku głównego księgowego oraz pełnienia przez niego równocześnie, z przerwami, dodatkowej funkcji z-cy kierownika w latach 1954-1979, wielokrotnie zdarzały się przypadki (w dzień lub w nocy) wybuchu pożaru w hali traków, ale zakładowa sekcja straży pożarnej z komendantem Władysławem Walaszkiem na czele oraz cała załoga, tłumili pożary w zarodku.”

Czy ktoś kto tak robi z tekstem kogoś innego, staje się automatycznie jego współautorem?

Kolejny fragment autorstwa Eugeniusza Morawskiego, usunięty przez J.J. Dębca cytujemy w całości:

“Na zakończenie pragnę gorąco i serdecznie podziękować mojemu synowi Sławomirowi, który ofiarnie mnie wspierał radą i pomocą przy pisaniu dziejów Tartaku w Mytarce, jak również życzliwym mi osobom:

- panu Bolesławowi Thenowi, byłemu dyrektorowi, za życzliwą współpracę w latach 1972-1975 oraz przekazanie informacji na temat organizacji przemysłu drzewnego na Podkarpaciu,

- pani Alfredzie Stachurskiej, głównej księgowej, za udostępnienie dokumentów dotyczących ewidencji pracowników, parowego silnika tłokowego, ewidencji maszyn i urządzeń technicznych, produkcji itp.,

- pani Alfredzie Mroczce, za rozmowy na temat zbytu tarcicy eksportowej, innych materiałów tartych, ewidencję odbiorców,

- panu Władysławowi Walaszkowi za przeprowadzenie wielu rozmów i przekazanie informacji od ojca, Franciszka i sióstr Anny i Anieli na temat budowy tartaku przez hr. Potulickiego w latach 1895-1900,

- panom: Tadeuszowi Walaszkowi, Janowi Kuzneckiemu, Ignacemu Durałowi, Władysławowi Dębcowi za przeprowadzone rozmowy na temat odbudowy tartaku po wojnie oraz orkiestrze i kapelmistrzowi Michałowi Pai.

- pani Lucynie Pai za zdjęcia i rozmowy na temat jej ojca, Michała.

Dziękuję wszystkim tym, którzy pomagali mi w ustalaniu wielu faktów, a nie zostali imiennie wyszczególnieni. Pracownikom Tartaku ujętym w tej pracy oraz całej rzeszy niewymienionych, szczególnie pracownikom fizycznym, składam hołd za ich trud i ofiarną pracę. Wszystkich obejmuję serdeczną pamięcią."

Te wzruszające podziękowania zostały usunięte. Eugeniusz Morawski wykonał tytaniczną pracę, żeby opisać historię tartaku. To jest część jego dorobku. Zmarł w 2007 r., ale to ciągle on jest autorem artykułu. Dlaczego w 2024 r. ktoś decyduje, że tym autorem on być przestaje i zaczyna być tylko współautorem? Jakim prawem ktoś ingeruje i podpina się pod jego pracę?

Rozdział ten kończy “Nota biograficzna o autorze powyższych wspomnień”. Jak wspomnieliśmy Eugeniusz Morawski napisał swój życiorys i opublikował go w “Regionie Żmigrodzkim” w nr 10 z 2003 r. J.J. Dębiec przepisał i ten tekst, ale podobnie jak wcześniej zmienił 1. osobę liczby pojedynczej “ja” na 3. os. liczby pojedynczej - “on”.

Jakim prawem J.J. Dębiec przedrukował artykuły Eugeniusza Morawskiego i dokonał w nich zmian sugerujących, że jest ich współautorem?

Rozdział siódmy (s. 375-392) ma tytuł “Historia żmigrodzkich orkiestr dętych” i rozpoczyna się tak: “Przeanalizujemy historie orkiestr dętych, które prowadziły działalność na terenie Nowego Żmigrodu. Prowadzone były one przez różne osoby. Byli (sic!) to osoby świeckie, ale i duchowe (sic!), jak było w przypadku przedwojennej orkiestry dętej, którą założył i prowadził ksiądz Witkiewicz. Prześledzimy też historie (sic!) orkiestry tartacznej, najdłużej działającej na naszym terenie.” Cóż… informujemy, że według stopki redakcyjnej książka miała korektora i redaktora.

Po tym akapicie, który chyba jest oryginalnym tekstem J. J. Dębca, choć trudno stwierdzić kim są owi “my”, przedrukowane są w całości, łącznie z przypisami i zdjęciami dwa artykuły Sławomira Morawskiego (1953-2017). Pierwszy pochodzi z “Regionu Żmigrodzkiego” nr 3 z 2013 r. i ma tytuł “Żmigrodzkie orkiestry dęte” (str. 8-9): https://nowyzmigrod.eu/regiony/region%20%C5%BCmigrodzki%202013/03_2013.pdf Kolejne mają wspólny tytuł i są częściami jednego tekstu pt. “Orkiestra tartaku”. Zostały wydrukowane w “Regionie Żmigrodzkim” w 2013 r. Pierwsza część w nr 5 (str. 8-9): https://nowyzmigrod.eu/regiony/region%20%C5%BCmigrodzki%202013/05_2013.pdf. Druga w nr 6 (str. 6-7): https://nowyzmigrod.eu/regiony/region%20%C5%BCmigrodzki%202013/05_2013.pdf

W książce “autorstwa” J. J. Dębca znajdują się całe artykuły, ale brakuje informacji, że teksty te: “Na podstawie materiałów zgromadzonych przez Eugeniusza Morawskiego przygotował Sławomir Morawski” i “Sł. Morawski na podstawie wspomnień Eugeniusza Morawskiego.

Jakim prawem J.J. Dębiec przedrukował w całości te artykuły i dokonał w nich zmian?

Rozdział ósmy (s. 393-399) pt. “Historia Nadleśnictwa Nowy Żmigród” również nie jest autorstwa J. J. Dębca. Tym razem “autor” przepisał teksty autorstwa Łukasza Mazura (1938-2015), ale wprowadził do niego modyfikacje.

Łukasz Mazur swój czteroczęściowy artykuł pt. “Rys historyczny Nadleśnictwa Żmigród” opublikował oczywiście w “Regionie Żmigrodzkim”. Pierwszą część w nr 11 z 2003 r. (str. 7), drugą w nr 12 z 2003 r. (str. 7), trzecią w nr 1 z 2004 r. (str. 7), a czwartą w nr 2 z 2004 r. (str. 7). Jak łatwo można sprawdzić, J.J. Dębiec w “swojej” książce przepisał w całości tylko dwie z nich. Pierwszą:

https://nowyzmigrod.eu/regiony/region%20%C5%BCmigrodzki%202003/11_2003.pdf i drugą: https://nowyzmigrod.eu/regiony/region%20%C5%BCmigrodzki%202003/12_2003.pdf

Dlaczego? “Autor” jeden wie, ale wychodzi na to, że po fragmencie o działalności nadleśnictwa z roku 1972 następuje akapit, którego autorem chyba jest J.J. Dębiec, gdzie mowa o powstaniu Magurskiego Parku Narodowego w 1995 r. Na końcu tego rozdziału “autor” dorzuca jeszcze kilka zdjęć, wycinków prasowych i informacji, a to z XIX wieku, a to z II wojny światowej.

Jakim prawem w “książce” J.J. Dębca znajdują się obszerne fragmenty artykułu Łukasza Mazura. Jakim prawem zostały przedrukowane bez pozwolenia rodziny zmarłego autora?

Ostatni rozdział, dziewiąty (s. 401-413) ma tytuł “Historia Ludowego Zespołu Sportowego w Nowym Żmigrodzie” i według nas składa się z kilku elementów. Pierwszym jest przepisany niemal w całości artykuł Eugeniusza Morawskiego pt. “Ludowy Zespół Sportowy w Nowym Żmigrodzie”, który został wydrukowany w nr 8 “Regionu Żmigrodzkiego” z 2003 roku (str. 14). Zachęcamy do samodzielnego sprawdzenia:

https://nowyzmigrod.eu/regiony/region%20%C5%BCmigrodzki%202003/08_2003.pdf

Piszemy “niemal w całości”, bo “autor” dopisał na początku tego rozdziału słowa: “Eugeniusz Morawski wspomina:” (str. 401), co czyni cały ten rozdział relacją tego człowieka. Jednak np. na str. 403 pojawia się akapit, którego w pierwotnym tekście nie ma. Jest to, jak rozumiemy uzupełnienie, które dopisał p. Dębiec. Takich uzupełnień i przestawień jest więcej. Jakim prawem “autor” ich dokonał i np. usunął te zdania p. Morawskiego: “W czasie mojej pracy w LZS w Nowym Żmigrodzie, doszło do zorganizowania dwóch zabaw dochodowych, kilku imprez sportowych, zdobycie odznaki sprawności fizycznej i sportowej. W latach 1947-1960 zorganizowałem akcję zbierania środków finansowych, w formie datków na zakup sprzętu sportowego (buty skórzane, piłki do siatkówki, sprzęt do gry w ping-ponga) oraz pokrywania kosztów wyjazdów sekcji piłki nożnej. Uważam, że w tamtych latach władze za mało interesowały się sportem. Nie pomogły piękne hasła, wzniosłe apele. Główny Komitet Kultury Fizycznej i Turystyki, jako centralny organ administracji, zorganizowano dopiero w 1960 roku, tj. o 15 lat później niż w sąsiednich krajach. Jeszcze później zorganizowano Wyższą Szkołę Wychowania Fizycznego.”

Zamiast nich, u dołu str. 406 czytamy kolejne akapity z historii LZS, ale czy ich autorem jest Eugeniusz Morawski? Tego nie wiadomo. Według nas pojawia się tu drugi element, czyli najprawdopodobniej narracja kogoś innego, choć bardzo trudno to jednoznacznie stwierdzić, bo jest ona nadal prowadzona w 1 osobie liczby pojedynczej. Czytelnik ma nadal świadomość, że autorem wspomnień jest Eugeniusz Morawski i dowiaduje się (str. 408) m.in. że: “W połowie lat 80. do głosu powoli dochodziło nowe młode pokolenie zawodników i działaczy. Po Jerzym Suskim, który długo prezesował, nastąpiła zmiana na stanowisku prezesa klubu. Został nim Jerzy Dębiec, który pełnił tę funkcję do połowy lat dziewięćdziesiątych. Był jednocześnie i prezesem i gospodarzem, czyli typowym społecznikiem.” Tych słów w artykule z “Regionu Żmigrodzkiego” nie ma.

Dalej p. E. Morawski, a może jednak ktoś inny (?) wspomina swoje zaangażowanie w wymianę ławek na stadionie, które woził swoim dużym fiatem, odnosi się do wydarzeń z roku 2000 (budowa nowej szatni), a potem (str. 410) pisze: “W czasie spisywania tych wspomnień drużyna KS Wisłoka Nowy (sic!) rozgrywa zawody w klasie “B”. Prezesem klubu od 2021 roku jest Wiesław Rogowski. Najbardziej zaangażowanymi działaczami w historii klubu, wspierającymi organizację samego klubu, zawodów oraz prace przy obiekcie sportowym, którym najpierw był “Bala plac”, a następnie stadion sportowy w Nowym Żmigrodzie byli: Wiesław Szuba, Jan Spiecha, Jerzy Suski, Wojciech Suski, Antoni Hućko oraz Jerzy Dębiec”

Zmarły w 2007 roku Eugeniusz Morawski nie mógł wspominać roku 2021. Stąd nasze duże wątpliwości co my właściwie czytamy? Czyj to tekst? Kto jest autorem tych wspomnień? Do pewnego momentu na pewno był to Eugeniusz Morawski… Jeszcze bardziej komplikuje sytuację zdanie na str. 411: “Człowiekiem z pasją, którą była nasza lokalna drużyna był niewątpliwie Stanisław Kawecki i jemu chciałbym poświęcić kilka słów.” Chciałbym poświęcić. Ja chciałbym poświęcić. Ja, czyli kto? Eugeniusz Morawski? No chyba nie, bo zmarł w 2007 r., a wspomina zmarłego w 2013 r. Stanisława Kaweckiego. Czyli kto? J.J. Dębiec? Może rzeczywiście?

Nie, drodzy czytelnicy. Autorem wspomnienia o Stanisławie Kaweckim (1925-2013) nie jest ani Eugeniusz Morawski, ani Jerzy Dębiec, ale Sławomir Morawski.

Szanowny “autor i twórca książki” przedrukował w tym miejscu w całości artykuł Sławomira Morawskiego pt. “Człowiek z pasją”. Tekst ukazał się w “Regionie Żmigrodzkim” w nr 7 z 2013 (str. 9): https://nowyzmigrod.eu/regiony/region%20%C5%BCmigrodzki%202013/07_2013.pdf

Jednak przedrukowanie to za mało, bo J.J. Dębiec dokonał w tekście zmian. Poprawił go tak, jak uznał za stosowne, np. zamiast słów “w lokalnym środowisku” czytamy u J.J. Dębca “w żmigrodzkim środowisku”, dodał on także słowa “jak już wspomniałem”, ale najciekawsza zmiana jest na str. 412. W artykule z “Regionu” czytamy, że Stanisław Kawecki pełnił rolę gospodarza drużyny, a obowiązkiem jego było: “zebranie po meczu strojów, piłek, siatek itp., a następnie przetransportowanie ich do szatni, która znajdowała się w budynku Gminnej Remizy OSP.” Tak w 2013 r. napisał Sławomir Morawski.

W książce “autorstwa” J.J. Dębca czytamy: “Obowiązkiem gospodarza było zebranie po meczu strojów, piłek, siatek itp., a następnie przetransportowanie ich do szatni, która znajdowała się w budynku dawnej gminy, w którym obecnie mieści się muzeum.”

Jakim prawem pan J.J. Dębiec przedrukował artykuły Eugeniusza Morawskiego i jego syna Sławomira Morawskiego? Jakim prawem dokonał w nich zmian? Jakim prawem wymieszał wspomnienia wyżej wymienionych autorów z własnymi i “stworzył” z nich jeden tekst?

Ostatnim tekstem zamieszczonym w książce jest “Zakończenie” na str. 415.

Warto zacytować kilka zdań: “Szanowni czytelnicy, miłośnicy faktów historycznych, informacji, ciekawostek i dobrej lektury. Książka ta została napisana ku pamięci wydarzeń, które miały miejsce w historii nasze (sic!) małej ojczyzny. Starałem się zebrać jak najwięcej informacji rzetelnych, opartych na podstawie dokumentów istniejących w archiwach, prasie, a przede wszystkim na zeznaniach i opowieściach świadków, którzy jeszcze pamiętali czasy wojen. (...)

Gdy 15 lat temu zacząłem zbierać informacje historyczne na temat Nowego Żmigrodu, nie przypuszczałem, że napiszę książki, które będą mogły służyć potomnym. Jestem świadom, że niniejsza książka nie wyczerpuje zawartych w niej tematów. Sporządziłem ją najlepiej, jak potrafiłem i zgodnie z tym, jak ją zamierzyłem. (...) pozwalam sobie żywić nadzieję, że czytelnicy tej pozycji wystawią mi pozytywną notę za jej zawartość i docenią jej wartość. Choć pewnie znajdą się również tacy, którzy postąpią odwrotnie.”

W dwóch częściach recenzji książki “autorstwa” Jerzego Józefa Dębca pt. “Z dziejów Nowego Żmigrodu w latach 1800-2000” wydanej w 2024 roku przez Wydawnictwo “Ruthenus”, zadaliśmy szereg pytań. Czy otrzymamy na nie odpowiedzi? Bo to, że mamy prawo ich oczekiwać jest chyba jasne.

Sytuacja prawna autorów tekstów na gruncie polskiego prawa jest jasna. Artykuły są ich własnością i chroni je prawo w postaci Ustawy z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych. A ustawa ta mówi po pierwsze, że każdy autor ma niezbywalne prawa osobiste, które chronią jego autorstwo, czyli prawo do podpisania utworu swoim nazwiskiem (art. 16 pkt. 2). Po drugie ustawa chroni integralność tekstu (art. 16 pkt. 5), co oznacza, że nikt bez wyraźnej zgody jego właściciela, czyli autora nie może dokonywać skrótów i modyfikacji, ani zmieniać tytułów. Ustawa ta mówi też o tym, że do każdego artykułu jego twórca posiada prawa majątkowe. Oznacza to, że autor, a po śmierci autora jego spadkobiercy (co do zasady przez 70 lat), mają w stosunku do utworu wyłączne prawo korzystania i rozporządzania nim na wszystkich polach eksploatacji (art. 17). Instytucje, do których należą prawa autorskie kronik (poczta, bank) mają wyłączne prawo do korzystania z utworów i rozporządzania nimi na wszystkich polach eksploatacji (art. 17). Tylko instytucje te mają prawo decydować o pierwszym udostępnieniu utworu (art. 16 pkt 4) i do nadzoru nad sposobem jego wykorzystania (art. 16 pkt 5).

 

SP_READ_MORE

Łysa Góra 1944 – 162. Brygada Pancerna

Jednym z najbardziej interesujących wydarzeń, które miały miejsce podczas Operacji Dukielsko-Preszowskiej we wrześniu 1944 roku były walki w okolicy Łysej Góry, która stanowiła niezmiernie ważny punkt oporu sił niemieckich. Zdobycie Łysej Góry i dominującego nad nią wzgórza 526, pozwalało zarówno na kontrolę drogi Sulistrowa-Głojsce jak i drogi Nowy Żmigród-Dukla. Jedną z radzieckich jednostek, która walczyła o Łysą Górę była 162. Brygada Pancerna. Tekst, który prezentujemy jest opisem tych walk tak, jak je widziała strona rosyjska!

7 września 1944 roku, w przeddzień rozpoczęcia Operacji Dukielsko-Preszowskiej, 162. Brygada Pancerna, którą dowodził podpułkownik Dmitrij Gładniew skoncentrowana była w rejonie Bonarówki i wchodziła w skład 25. Korpusu Pancernego dowodzonego przez generała Fiodora Anikuszkina. Na stanie jednostki (669 żołnierzy i oficerów), nie licząc broni osobistej oraz karabinów maszynowych i moździerzy, znajdowało się 18 czołgów T-34/76, 3 czołgi T-34/85 i 5 czołgów T-70, które stanowiły główną siłę uderzeniową Brygady (do stanów etatowych brakowało ponad 50% wozów bojowych i mniej więcej tyle samo żołnierzy). Rozkaz bojowy z 25. Korpusu Pancernego dotyczący działań w dniu następnym, Brygada otrzymała o godz. 18. Godzinę później w rejon pozycji wyjściowych została wysłana grupa rozpoznawcza dowodzona przez ppłk. Gładniewa. D. Gładniew wraz z szefem sztabu Brygady spotkał się też z sztabem 1. Czechosłowackiego Korpusu Armijnego celem nawiązania współpracy operacyjnej.

8 września 1944 roku 162. Brygada wzmocniona m.in. 1253. Pułkiem Artylerii Samobieżnej uzbrojonym w 11 dział samobieżnych SU-85, zajęła pozycje wyjściowe w rejonie Bratkówki. W czasie przejazdu z miejsca postoju w rejon operacyjny, w Pietruszowej Woli przewrócił się jeden z czołgów w wyniku czego ciężką ranę ręki odniósł dowódca 3. Batalionu kapitan Jenutin, a siła bojowa została zredukowana do 25 wozów bojowych. Rejon ześrodkowania był ostrzeliwany przez artylerię niemiecką, która prowadziła ogień nękający. O godz. 11-tej Brygada wysłała pod dowództwem kapitana Szabanowa oddział rozpoznawczy, który poruszał się drogą Bratkówka-Ustrobna-Potok-Jedlicze-Żarnowiec-Zręcin-Chorkówka-Machnówka. Jak można zauważyć, wydane w przeddzień rozpoczęcia Operacji Dukielsko-Preszowskiej, rozkazy dotyczące marszruty 162. Brygady w sporej odległości omijały Krosno, co pod małym znakiem zapytania stawia pogląd, że praprzyczyną niepowodzenia Operacji było niezajęcie Krosna. Godzinę później tą drogą ruszył 2. Batalion pod dowództwem majora Byczkowa a następnie, o 12.30, główne siły Brygady, które poruszając się tą samą drogą, w rejonie Potoku zostały ostrzelane przez niemiecką artylerię skutkiem czego 162. Brygada straciła czołg T-34/76. O 19.30 główne siły dotarły w rejon Machnówki, ale ich postęp został zatrzymany przez silny ostrzał artylerii niemieckiej z lasu na południe i południowy-wschód od Machnówki. Przeprowadzono rozpoznanie przebiegu niemieckiej linii obrony, która według ustaleń składała się z 4 stanowisk karabinów maszynowych, do 2 baterii artylerii przeciwpancernej oraz 2 baterii moździerzy w głębi linii obronnej. Według dokumentów, w tym dniu 162. Brygada straciła 2 czołgi, zdobyła niemieckie działo samobieżne oraz 4 działa kalibru 75 mm (działa zdobyli saperzy, co pozwala wysnuć uzasadnione podejrzenie, że była to porzucona przez Niemców bateria).

9 września o 1 w nocy, w oparciu o dane rozpoznania, dowództwo Brygady podjęło decyzję o ataku w celu oczyszczenia lasu na południowy-zachód od Machnówki. Do wsparcia oddziałów piechoty, 162. Brygada przeznaczyła 5 czołgów T-34 i 4 działa samobieżne SU-85 z 1253. Pułku Artylerii Samobieżnej, które miały prowadzić ogień z miejsca. W walkach do godz. 10 w dniu 9 września 1944 roku, 162. Brygada straciła 2 zabitych i 7 ciężko rannych żołnierzy; straciła 2 czołgi T-34 (spalone) i jeden T-34 uszkodzony. Straty przeciwnika poniesione w tym czasie oceniano na 2 kompanie piechoty, 2 działa kalibru 75 mm, 5 pojazdów, baterię moździerzy oraz wyrzutnię pocisków rakietowych Nebelwerfer. W odpowiedzi Niemcy przeprowadzili 2 kontrataki siłą do batalionu piechoty wspierane przez artylerię i moździerze oraz przez 6 czołgów, które zostały odparte. 1253. Pułk zgłaszał uszkodzenie niemieckiego czołgu, a 162. Brygada oceniała, że podczas ich odpierania zadała wrogowi straty w wysokości do 30 żołnierzy i oficerów oraz zniszczyła 4 działa przeciwpancerne. W dokumentach zapisano, że na polu bitwy znaleziono ciało dowódcy niemieckiego 2. batalionu. Straty własne 162. Brygady w dniu 9 września wynosiły: 2 zabitych i 17 rannych; 2 czołgi T-34 spalone i jeden uszkodzony. Na stanie Brygady pozostało 19 czołgów oraz 11 dział SU-85 z 1253. Pułku.

10 września, zgodnie z rozkazem dowództwa 25. Korpusu, 162. Brygada wycofała się z działań w rejonie Machnówki i Wrocanki i przeszła w rejon Kobylan. Odnotowano, że niemiecka artyleria i moździerze prowadziły silny ostrzał drogi do Kobylan, którą – oprócz czołgów 162. Brygady – poruszały się też inne jednostki. O 5.30 jednostki Brygady wyszły na skraj lasu 1.5 km od Kobylan z zadaniem opanowania tej miejscowości, co udało się osiągnąć o 11.50. W dalszej kolejności prowadzono atak w stronę Draganowej, która została opanowana o 14-tej. Jednostki niemieckie (75. Dywizja) wycofały się w stronę Nienaszowa, pozostawiając niewielkie grupy na wzgórzach 317 i 327 dla osłony odwrotu. Niemiecka artyleria prowadziła silny ostrzał Sulistrowej z rejonu wzgórza 404. W toku walk 10 września, Brygada zapisała sobie następujące osiągnięcia bojowe: 2 zniszczone niemieckie działa samobieżne, do 8 dział przeciwpancernych, 3 transportery opancerzone, 1 czołg typu Tygrys (żadna z niemieckich dywizji pancernych walczących w tym rejonie nie posiadała na stanie czołgów typu Tygrys; prawdopodobnie chodzi o czołg Pz IV lub działo samobieżne StuG III), jeden czołg typu Pantera, uszkodzenie 1 czołgu typu Pantera oraz 8 samochodów i około 150 żołnierzy i oficerów. (Warto zauważyć, że 10 września drogą Toki-Wietrzno atakowały Kobylany czołgi i działa samobieżne 1. Dywizji Pancernej, które wspierały oddziały 75. Dywizji. Według innych źródeł (rosyjskich!), jeden czołg typu Tygrys został zniszczony przez oddziały 7. Pułku Kawalerii Gwardii z Korpusu gen. Baranowa, które zdobyły też uszkodzoną Panterę. Prawdopodobnie, zarówno 162. Brygada Pancerna, jak i 7. Pułk Kawalerii Gwardii zapisały na swoje konto te same pojazdy pancerne, co w warunkach bojowych jest czymś normalnym. Do czołgów prowadziły ogień zarówno te i te odziały, więc jest rzeczą niemożliwą ustalenie, kto zniszczył dany pojazd pancerny, a skoro niemiecki czołg - raczej działo pancerne, gdyż 1. Dywizja Pancerna na swoim wyposażeniu Tygrysów nie posiadała, mimo, że radziecki czy czechosłowackie oddziały je ciągle widziały - został zniszczony to wszyscy sobie przypisywali tę zasługę. A później ktoś policzy – na podstawie dzienników działań bojowych poszczególnych radzieckich jednostek – straty niemieckie i wyjdzie mu, że w czasie ataku w stronę Kobylan Niemcy stracili 2 czołgi typu Tygrys (jeden zniszczony przez 162. Brygadę a drugi przez 7. Pułk Kawalerii Gwardii), 1 Panterę zniszczoną przez 162. Brygadę i do tego jeszcze 2 uszkodzone Pantery (1 przez 162. Brygadę i 1 przez 7. Pułk Kawalerii Gwardii), która pozostały na placu boju. A do tego jeszcze 2 działa pancerne, czyli w sumie Niemcy stracili więcej pojazdów pancernych niż wysłali do ataku! Bo wysłali 5 pojazdów pancernych… A przypomnę: zajmujemy się działaniami tylko 162. Brygady Pancernej, bo obok niej walczyły przecież też inne oddziały radzieckie!). W czasie walk 10 września 162. Brygada odnotowała straty własne: 5 zabitych i 41 rannych. Straciła też 4 czołgi, które spłonęły oraz 2, które zostały uszkodzone (Rosjanie w swoich raportach bojowych używają określenia „podbite”, przez co należy rozumieć pojazdy „czasowo wyeliminowane”, czyli uszkodzone; ich dalszy los zależał od tego, kto ostatecznie przejął pole bitwy, bo albo pojazdy trafiały do naprawy albo były utracone bezpowrotnie). O 17-tej 162. Brygada została uzupełniona przez 10 czołgów, które przybyły z warsztatów naprawczych, dzięki czemu na koniec 10 września na jej stanie znajdowało się 20 wozów bojowych. Porównując stan na koniec 9 września, poniesione straty oraz uzupełnienia, Brygada powinna mieć 23 wozy bojowe, ale być może 3 z nich uległy awariom czy innym przypadłościom i nie mogły brać udziału w działaniach bojowych. Podobna sytuacja jest z 1253. Pułkiem Artylerii Samobieżnej, który 9 września posiadał na stanie 10 dział SU-85, a powinien posiadać ich 11 (jako ciekawostkę podam, że kolega z jednego z forów militarnych twierdzi, że ten jeden wóz bojowy zagubił się po drodze).

11 września 162. Brygada wspólnie z oddziałami 20. Brygady Strzelców Zmotoryzowanych ok. 10.30 osiągnęła rejon Głojsc. Niemcy prowadzili ostrzał z północnego skraju Iwli, m.in. z wykorzystaniem 3 czołgów. O 12.30 oddziały niemieckie z lasu na północny-zachód od wzgórza 371 przeprowadziły - w sile do dwóch batalionów piechoty przy wsparciu 15 czołgów i transporterów opancerzonych - atak w stronę Sulistrowej osiągając południowo-wschodni skraj tej miejscowości i odrzucając oddziały 70. Dywizji Gwardii. Dla odparcia niemieckiego kontrataku 162. Brygada wysłała w rejon walk 5 czołgów i 1 działo samobieżne SU-85, które przy wsparciu oddziałów 20. Brygady Strzelców ustabilizowały położenie. (Radziecki historyk D.M. Proektor w książce „Przez Przełęcz Dukielską” opisując walki w tym dniu w rejonie Łysej Góry pisze, że dowódca 38. Armii gen. Moskalenko przesunął w rejon Łysa Góra – Głojsce m.in. 11. Brygadę Artylerii Przeciwpancernej Gwardii. Warto zacytować fragment: Artylerzyści zachowywali się niezwykle odważnie. 11 września 5 niemieckich czołgów zaatakowało drogą w stronę Sulistrowej. Dowódca baterii 11. Brygady kapitan Zykow rozkazał, aby pozwolić czołgom zbliżyć się na 70-80 metrów a następnie kazał otworzyć ogień. Działo sierżanta Curina pierwszym wystrzałem zapaliło jeden niemiecki czołg. Młodszy sierżant Feofanow rozbił drugi czołg. Za chwilę zapalił się trzeci. Nieprzyjacielscy fizylierzy, osłaniający czołgi, otworzyli ogień z karabinu maszynowego, który spowodował straty w działonach i zmusił je do wycofania się. Wieczorem grupa niemieckich czołgów znowu próbowała przeprowadzić atak, który został przywitany ogniem 5. Baterii. Dowódca działa Curin, Morozow i Bratus kilkoma strzałami zniszczyli trzy czołgi. Pozostałe się wycofały.). W ciągu krótkiego czasu w rejonie Sulistrowej dwie baterie zniszczyły 6 niemieckich czołgów. Odnotowano silny ostrzał artyleryjski prowadzony z rejonu Górek (według rosyjskich map to część Łysej Góry) na Głojsce. O 14-tej odnotowano atak 12 niemieckich czołgów od strony Iwli z czego 6 pozostało w Iwli a pozostały poruszały się po drodze Nowy Żmigród-Dukla prowadząc ostrzał. W tym samym czasie od strony Łysej Góry w stronę Głojsc ruszyło kolejne 6 czołgów wroga. 2. Batalion 162. Brygady podjął z nimi walkę i unieszkodliwił 2 czołgi a jeden uszkodził. O 16.30 na pomoc 2. Batalionowi zostały wysłane 4 czołgi T-34 i 2 działa samobieżne SU-85, które po dotarciu do zakrętu drogi na Draganową dostały się w zasadzkę dwóch Panter w wyniku czego został zniszczony 1 czołg T-34/76 i 1 T-34/85. Pozostały czołgi, prowadząc ogień do ukrytych Panter, obeszły je z lewej strony i wyszły w rejon Głojsc. 162. Brygada zgłaszała w tym starciu jedną uszkodzoną Panterę.

12 września w dzienniku bojowym 162. Brygady zanotowano, że przeciwnik siłą do batalionu piechoty wspartych 12 działami samobieżnymi, artylerią i moździerzami broni Łysej Góry i szosy Nowy Żmigród-Dukla a jego artyleria ostrzeliwuje pozycje Brygady. Działania bojowe w tym dniu 162. Brygada rozpoczęła o 13-tej i po zaciekłych walkach o 14.30 podeszła do Łysej Góry. Czołgi 162. Brygady i działa samobieżne 1253. Pułku prowadziły walkę artyleryjską z niemieckimi czołgami w rezultacie czego Brygada straciła 3 spalone czołgi T-34. O 19-tej 3. Batalion przeprowadził atak w stronę Łysej Góry ale piechota mająca wspierać atak czołgów została zatrzymana ogniem wroga i wycofała się na pozycje wyjściowe, skutkiem czego atak został przerwany a Brygada przeszła do obrony 600 metrów na południowy-wschód od Łysej Góry, gdzie do 23-ej prowadziła ogień w stronę nieprzyjacielskich pozycji. Na koniec dnia 162. Brygada miała na stanie 8 czołgów T-34/76 i 2 czołgi T-34/85.

13 września przeciwnik siłami 101. Dywizji Piechoty Górskiej (101. Jäger-Division) przy wsparciu czołgów, artylerii i lotnictwa bronił Łysej Góry prowadząc intensywny ostrzał rejonu Głojsc, Górek i wzgórza na południe od Górek. Na drodze Nowy Żmigród – Łysa Góra stale operowało 8 Panter. Do godz. 11-tej 162. Brygada utrzymywała pozycje obronne 700 metrów na wschód od Łysej Góry. Przeciwnik dwukrotnie przeprowadzał kontrataki siłą do batalionu piechoty przy wsparciu 8 czołgów. Oba ataki zostały odparte a niemieckie oddziały straciły ok. 60 ludzi oraz 3 czołgi. Brygada straciła 3 czołgi z których 2 spłonęły. O 10-ej podpułkownik Gładniew – realizując rozkazy dowódcy 25. Korpusu - wydał rozkaz, który zakładał przeprowadzenie koncentrycznego ataku na Łysą Górę: 2. Batalion wsparty przez działa samobieżne SU-85 z 1253. Pułku, baterię dział przeciwpancernych z 1497. Pułku Artylerii Przeciwpancernej i piechotę z 20. Brygady Strzelców Zmotoryzowanych miał atakować w kierunku południowych obrzeży wsi, a następnie po jej zajęciu przeprowadzić szybki atak i zająć Nowy Żmigród; 3. Batalion wsparty baterią dział z 1487. Pułku i piechotą z 20. Brygady miał zająć centrum Łysej Góry, a po powodzeniu tego ataku zająć centrum Nowego Żmigrodu. O 14.30, po przeprowadzeniu 45-minutowego przygotowania artyleryjskiego z dział, moździerzy i wyrzutni rakietowych Katiusza, 162. Brygada wspólnie z przedzielonymi jej jednostkami rozpoczęła atak na Łysą Górę, który wskutek silnego niemieckiego ostrzału nie przyniósł rezultatu. Niemcy przeprowadzili trzy kontrataki a na pomoc wycofującej się piechocie wysłano 2 czołgi T-34, które unieszkodliwiły dwa niemieckie czołgi i zlikwidowały do 60 żołnierzy i oficerów wroga. O godz. 20.30 3. Batalion przy wsparciu baterii dział SU-85 wspólnie z oddziałami piechoty 20. Brygady ponownie próbował ataku na Łysą Górę z prawej strony, ale atak został odparty silnym ogniem przeciwnika. Za ten dzień 162. Brygada zgłaszała zniszczenie 5 czołgów (w tym 3 Pantery) i wyeliminowanie ok. 100 żołnierzy i oficerów kosztem 9 własnych rannych oraz 2 własnych czołgów spalonych i jednego uszkodzonego.

14 września przeciwnik siłami 101. Dywizji Piechoty Górskiej przy wsparciu czołgów 1. Dywizji Pancernej oraz artylerii i lotnictwa zaciekle bronił Łysej Góry przeprowadzając w ciągu dnia kontrataki. O 1-ej w nocy 2. Batalion w sile 5 czołgów, wspierany przez działo pancerne SU-85 z 1253. Pułku z desantem fizylierów na pancerzach wdarł się do Łysej Góry, gdzie nawiązał kontakt bojowy z przeciwnikiem. Rozpoznanie ujawniło, że Niemcy bronią tej wsi siłami ok. 300 żołnierzy wspieranych przez 8 Panter i działa przeciwpancerne a domy i piwnice zostały przekształcone w punkty ogniowe (według źródeł niemieckich, atak został odparty przez oddział alarmowy 1. Pancernego Batalionu Rozpoznawczego dowodzony przez podporucznika Rostana). O 10-tej przeciwnik w sile do 15 czołgów typu Tygrys i Pantera atakował pozycje obronne Brygady. Atak został odparty ogniem z miejsca prowadzonym zarówno przez czołgi 162. Brygady, jak i działa pancerne SU-85. Przeciwnik za wszelką cenę dążył do zajęcia drogi Łysa Góra – Teodorówka. Jednocześnie przeciwnik atakował z rejonu Iwli. Ataki były wspierane z powietrza przez samoloty Me-109. W rezultacie walk zniszczono 2 Pantery. W toku działań bojowych w tym dniu 162. Brygada utraciła 5 czołgów, a jej stan wynosił 13 czołgów T-34 i 6 czołgów T-70. Biorąc pod uwagę, że 12 września jednostka podpułkownika Gładniewa posiadała 10 czołgów a 13 i 14 września straciła w sumie 8, to jedynym w miarę logicznym, co nie oznacza, że prawdziwym, wytłumaczeniem tego stanu rzeczy jest przesunięcie do pierwszej linii czołgów T-70, które nie były wymieniane od 7 września oraz ponowne wpisanie na stan czołgów T-34, które – po uszkodzeniu – były poddawane naprawie w warsztatach remontowych. Być może przesunięcie do pierwszej linii lekkich czołgów T-70 wynikało z poniesionych strat, bo ten czołg uzbrojony w działko kaliber 45 mm umiarkowanie nadawał się do walki z niemieckimi Pz IV czy Panterami i co najwyżej mógł służyć za niezbyt trudny do zniszczenia cel dla niemieckich czołgistów.

15 września przeciwnik siłami 228 i 229. Pułku ze 101. Dywizji Piechoty Górskiej przy wsparciu oddziałów pancernych zaciekle bronił się na rubieży wschodni skraj Łysej Góry – wzgórze 535 i wielokrotnie przy wsparciu artylerii i lotnictwa przechodził do kontrataków, których celem było opanowanie szosy Łysa Góra – Dukla. 162. Brygada wspólnie z 1253. Pułkiem i 1457. Pułkiem Artylerii Przeciwpancernej do 20-tej zajmowała pozycję na linii 1 km za zachód od Głojsc – szosa – południowo-wschodni skraj Głojsc. Od rana przeciwnik siłą do batalionu piechoty przy wsparciu 6 Panter atakował od strony Iwli w stronę Głojsc i dalej w kierunku stanowisk obronnych Brygady. Zajmująca linię obrony piechota 70. Dywizji Gwardii rozpoczęła chaotyczny odwrót. 2 i 3. Batalion zajmujący stanowiska obronne wzdłuż szosy natychmiast otworzył silny ogień do czołgów przeciwnika w rezultacie czego 1 Pantera została uszkodzona a niemieckie oddziały wycofały się na poprzednie pozycje w lesie na południe od Głojsc holując uszkodzony czołg. Piechota z 20. Brygady przedarła się przez szosę i zajęła pozycje na południe od niej. Wróg w sile kompanii fizylierów wspieranych przez 3 czołgi odciął piechotę od reszty sił. Dowódca 2. Batalionu na pomoc znajdującym się w ciężkim położeniu piechurom wysłał czołg T-34, który został zniszczony przez ukryte w lesie niemieckie czołgi. O 5-tej czołgi Brygady związały się ogniem z Panterami i działami przeciwpancernymi w rezultacie czego zostały uszkodzone 2 Pantery i zniszczone 2 działa przeciwpancerne. Brygada straciła 1 czołg T-34 i 1 działo SU-85. O 14-tej przeciwnik siłą 8 Panter wspieranych przez 2 kompanie piechoty, artylerię i lotnictwo ponownie podjął próbę opanowania Głojsc, ale atak został odparty. Uszkodzona została 1 Pantera i wyeliminowano do 50 żołnierzy i oficerów wroga. W ciągu dnia 162. Brygada została wzmocniona przez 3 czołgi T-34, przekazane jej przez 111. Brygadę Pancerną (były to wszystkie czołgi, jakie pozostałe po paru dniach walk w tej jednostce!). Na koniec dnia Brygada miała: 10 czołgów T-34, 3 czołgi T-70, 7 dział pancernych SU-85, 1 działo pancerne SU-122. Saperzy Brygady położyli pole minowe 300 metrów na północ od skrzyżowania drogi w Głojscach (co świadczy o przejściu jednostki do obrony).

16 września – jak zapisano w dzienniku 162. Brygady – przeciwnik siłami 228 i 229. Pułku ze 101. Dywizji przy wsparciu 8. Dywizji Pancernej nadal bronił poprzedniej pozycji. 162. Brygada zajmowała pozycję obronną 1 km na południowy wschód od Łysej Góry po obu stronach drogi. W nocy – zgodnie z rozkazem dowództwa 25. Korpusu – 4 czołgi i 2 działa SU-85 zostały rozmieszczone do obrony południowego odcinka szosy z zadaniem niedopuszczenia do jej przerwania. Pojazdy zostały okopane i przeznaczone do prowadzenia ognia z miejsca. O 20.15 przeciwnik z rejonu Iwli siłą plutonu piechoty wspartego przez 2 czołgi usiłował przedrzeć się szosą w stronę Łysej Góry. Atak został odparty ogniem czołgów i dział pancernych a Niemcy stracili uszkodzony czołg. Przez cały dzień przeciwnik prowadził intensywny ostrzał za pomocą artylerii i moździerzy. Na koniec dnia na stanie 162. Brygady znajdowało się 17 czołgów T-34 i 6 czołgów T-70. Najprawdopodobniej były to wozy pancerne, które przybyły z warsztatów naprawczych.

17 września przeciwnik siłami 101. Dywizji Piechoty Górskiej wspartej czołgami i artylerią zajmuje tę samą pozycję. Zadaniem, zajmującej pozycje obronne 1 km na południowy-wschód od Łysej Góry po obu stronach szosy, 162. Brygady wraz z 1253. Pułkiem Artylerii Samobieżnej i 1497. Pułkiem Artylerii Przeciwpancernej, było niedopuszczenie do przerwania szosy w kierunku Głojsc. W nocy z 16 na 17 września dla wsparcia zwiadu przeprowadzanego przez oddział 20. Brygady został wysłany 1 czołg, który został uszkodzony po najechaniu na minę. Od rana przeciwnik prowadził intensywny ogień artyleryjski. Pozycje Brygady atakowane były też przez wrogie lotnictwo. O 10.40 – zgodnie z rozkazem 25. Korpusu – Brygada rozpoczęła przygotowania do ataku na Łysą Górę. O 13-tej ogień artylerii uszkodził jeden czołg T-34. Dla wsparcia ataku 20. Brygady, który rozpoczął się o 20-tej, zostały wysłane 3 czołgi T-34 z 3. Batalionu, które osiągnęły skraj lasu w rejonie Łazów. Ogień broni maszynowej przeciwnika spowodował, że piechota z 20. Brygady musiała się zatrzymać a obrzucane granatami przeciwpancernymi czołgi musiały wycofać się na pozycje wyjściowe.

18 września przeciwnik dysponujący siłą ok. 250 żołnierzy z 24 karabinami maszynowymi i moździerzami bronił wzgórza 640 i północnego skraju lasu na południe od Łysej Góry. Na północnym stoku wzgórza 640 i dalej na wschód znajdują się okopy i stanowiska karabinów maszynowych. Artyleria wroga zmasowanym ogniem ostrzeliwuje stanowiska obronne Brygady i rejon Głojsc. Brygada, wzmocniona 1253 i 1497. Pułkiem w dalszym ciągu broni szosy Głojsce – Łysa Góra i w ciągu dnia odparła trzy ataki wroga prowadzone w kierunku Głojsc. O 16-tej silny ostrzał artyleryjski przerwał łączność z jednostkami ale łącznościowcy naprawili połączenia. Straty Brygady: 2 zabitych i 11 rannych. Straty zadane przeciwnikowi: 2 uszkodzone czołgi, 3 uszkodzone działa samobieżne, 2 działa i do 50 unieszkodliwionych żołnierzy i oficerów.

19 września wróg prowadził intensywny ostrzał pozycji obronnych zajmowanych przez 162. Brygadę. W nocy grupa zwiadowców przeciwnika przedarła się na wysokości wzgórza 506 i zniszczyła kabel telefoniczny przerywając łączność między stanowiskiem obserwacyjnym a oddziałami Brygady. Stanowisko obserwacyjne zostało ostrzelane. Obserwatorzy odparli atak zabijając 2 żołnierzy wroga. 162. Brygada wspólnie z działami samobieżnymi 1253. Pułku, bez wsparcia piechoty, odparła silny kontratak przeciwnika, który zamierzał zająć szosę Łysa Góra – Głojsce. W rejonie wzgórza 508 nawiązano kontakt bojowy z oddziałami 201. Dywizji Strzelców i 705. Pułkiem Strzelców, które dotarły w rejon wzniesienia. Straty własne 162. Brygady: 3 rannych. Straty przeciwnika: unieszkodliwiono 10 żołnierzy. Na koniec dnia 162. Brygada dysponowała 9 czołgami T-34 i 3 czołgami T-70.

Od połowy września ciężar ataków sił radzieckich – ze względu na siłę niemieckiej obrony i brak sukcesów atakujących - został przesunięty w rejon Rymanowa a w okolicy Łysej Góry linia frontu praktycznie zastygła. W okresie od 7 do 19 września 162. Brygada straciła 9 zabitych i 82 rannych; 17 czołgów T-34/76, 1 czołg T-34/85 i jedno działo samobieżne SU-85 zostało zniszczonych a 7 czołgów uszkodzonych. Według danych zapisanych w dzienniku bojowym, w tym czasie 162. Brygada zniszczyła: do 18 dział; wyrzutnię rakietową Nebelwerfer; 11 czołgów (6 Panter, 1 „czołg typu Tygrys” i 4 inne czołgi), 2 działa samobieżne; 3 transportery opancerzone i uszkodziła 10 czołgów wroga (w tym 5 Panter), 3 działa samobieżne i wyeliminowała ok. 600 żołnierzy i oficerów wroga. Sądzę, że warto w tym miejscu podać, że w czasie walk o Przełęcz Dukielską niemiecka 1. Dywizja Pancerna straciła 3 czołgi PzIV i 11 Panter, które zostały zniszczone, a kolejne 10 Pz IV i 25 Panter zostało uszkodzone. Z kolei 8. Dywizja Pancerna straciła 15 zniszczonych czołgów PzIV a 20 zostało uszkodzonych i wymagało napraw. Należy jeszcze pamiętać, że z niemieckimi jednostkami pancernymi walczyły też inne jednostki Armii Radzieckiej, które też zgłaszały zniszczenie czy uszkodzenie niemieckich wozów pancernych, więc do danych podawanych przez 162. Brygadę należy podchodzić z należytą ostrożnością. Cały problem polega na tym, że w polskiej literaturze historycznej bitwa o Przełęcz Dukielską zasadniczo opiera się o wydaną w 1960 roku książkę D.M. Proektora „Przez Przełęcz Dukielską” i szkoda, że do tej pory żaden z historyków nie podjął się poważnej próby analizy tej bitwy z wykorzystaniem dostępnych źródeł. Bo może warto wiedzieć, że po walkach od września 1944 do końca stycznia 1945 roku w powiecie krośnieńskim pozostało 112 wraków niemieckich i radzieckich czołgów i dział samobieżnych a w powiecie jasielskim 20? Można zatem wysnuć wniosek, że bezpowrotne straty pojazdów pancernych wynosiły łącznie 132 wozy pancerne… Pytanie, ile z nich zostało zniszczone w rejonie Łysej Góry dalej pozostaje otwarte…

SP_READ_MORE

Ludzie książki piszą...

W 2024 roku nakładem krośnieńskiego wydawnictwa “Ruthenus” ukazała się książka Jerzego Józefa Dębca "Z dziejów Nowego Żmigrodu w latach 1800-2000", która chyba jeszcze nie doczekała się recenzji. Redakcja portalu we współpracy z panem Piotrem Figurą postanowiła zatem książkę przeczytać i zrecenzować... 

Na okładce widzimy kompilację archiwalnych zdjęć, na środku nazwisko “autora”, a poniżej tytuł “Z dziejów Nowego Żmigrodu w latach 1800-2000”. Cudzysłów, w który wzięliśmy słowo autor jest niezbędny, bo gdy bliżej przyjrzymy się zawartości tej publikacji, przekonamy się, że właściwie żaden jej rozdział nie jest samodzielnym, oryginalnym dziełem wieloletniego dyrektora GOK - Jerzego Józefa Dębca.

W słowie wstępnym (s. 7-8) “autor” zaznajamia nas ze swoją karierą i publikacjami. Pisze, że po zapoznaniu się z rozmaitymi źródłami, doszedł do wniosku, że Nowy Żmigród nie ma swojej monografii historycznej, dlatego - i tu cytat: “następna książka, którą sporządzę powinna przybrać formę monografii lub kalendarium wydarzeń historycznych”. Jednak zamiar ten uległ zmianie. Na czym ona polega? Jak rozumiemy, nowa książka miała jednak być “zbiorem wypisów z archiwalnych dokumentów oraz prasy regionalnej i krajowej”. Jednakowoż i ten pomysł ewoluował. Pan Dębiec pisze dalej: "udało mi się zgromadzić wiadomości dotyczące historii żmigrodzkich orkiestr dętych, tartaku, nadleśnictwa, poczty, banku, szkoły, klubu sportowego itp. Wiadomości tych było na tyle dużo, że ostatecznie zdecydowałem się opublikować historie tych instytucji, jako osobną książkę”.

I jeszcze jeden cytat: “Do napisania tej książki zachęcali mnie, a później również dopingowali w trakcie jej tworzenia, moi koledzy, przyjaciele oraz członkowie naszego Stowarzyszenia (...)”, więc Jerzy Józef Dębiec twierdzi, że napisał, sporządził i stworzył książkę, która przedstawia historię różnych żmigrodzkich instytucji. Przekonajmy się.

Pierwszy rozdział dotyczy Szkoły Podstawowej w Nowym Żmigrodzie. Rozpoczyna go wstęp (s. 9) pt. “W skrócie…”, gdzie czytamy słowo w słowo to, co można przeczytać na stronie internetowej Szkoły Podstawowej im. bł. ks. Władysława Findysza w zakładce “Historia szkoły”. Zachęcamy do samodzielnego sprawdzenia i porównania:  https://nowyzmigrod.edu.pl/index.php/historia-szkoly Dla porządku zaznaczamy, że autorem tekstu wprowadzającego i całego kalendarium na stronie jest Piotr Figura. Przygotował go, gdy był pracownikiem szkoły w latach 2006-2016. O tym fakcie pan J. J. Dębiec doskonale wie. Za wiedzą dyrekcji wydrukował już kiedyś owo kalendarium i powiesił je w muzeum. Może to ośmieliło go do skopiowania tekstu do “swojej” książki?

Ale wróćmy do tekstu. Na kolejnych stronach tego wstępu, czyli str. 10-12 “autor” dość chaotycznie rozpisuje się o początkach szkoły w Nowym Żmigrodzie i powołuje się m.in. na badania Daniela Nowaka. O ile wiemy dr Daniel Nowak nie opublikował jeszcze ani jednego artykułu o początkach szkoły w Nowym Żmigrodzie. Fakt, że o jej powstaniu pisał wielokrotnie, ale w postach i komentarzach na mediach społecznościowych i pod artykułami “Obserwatora”, więc trudno to nazwać badaniami.

Gdy na str. 12 tekst pt. “W skrócie…” się kończy, chyba możemy się spodziewać, że teraz już będzie zasadnicza część rozdziału, czyli historia szkoły. Ale cóż to? Już po kilku stronach orientujemy się, że to co czytamy to nie jest tekst autorstwa pana Jerzego Dębca, tylko kronika szkoły. A pomiędzy zapisami z kroniki, pan “autor” miał fantazję wpleść kalendarium wydarzeń szkolnych. Tak - to przygotowane przez p. Figurę, ze strony internetowej szkoły. Przyznajemy, że jest ono lekko zmodyfikowane, tu i ówdzie został zmieniony szyk zdania, w innym miejscu pojawiają się skróty lub dopowiedzenia, są też uzupełnienia, np. nazwiska nauczycieli z końca XIX wieku. Ale im dalej, tym modyfikacji “autora” coraz mniej.

Przykład? Proszę bardzo. Na stronie internetowej szkoły czytamy: “1914 r. – początkowo tylko 12, 13 i 14 września, a potem od 18 dnia tego miesiąca budynek szkoły został zajęty przez wojsko austriackie. Potem urządzono w nim szpital.”  Pan “autor” pisze (s. 76): “1914 r. - w dniach 12, 13 i 14 września, a potem od 18 dnia tego miesiąca budynek szkoły został zajęty przez wojsko austriackie. Potem urządzono w nim szpital.

W tym rozdziale czytamy zatem tekst kroniki i wplecione fragmenty kalendarium. Jednakowoż “autor” doszedł do wniosku, że nie warto drukować pełnego tekstu kroniki szkoły. Warta wydrukowania jest według niego tylko najstarsza jej część - do II wojny światowej. Okres późniejszy jest opisany inaczej - proporcje tekstu z kroniki i informacji z kalendarium się zmieniają. Czasy PRL i III RP zostały zawężone do kolejnych dat z kalendarium i tylko fragmentów kroniki. Tylko dlaczego “autor” nie pisze nic o szkolnych wydarzeniach z lat 1993 - 2015 i 2017 - do czasów obecnych? Czy w tych latach szkoła nie istniała? Nic się tam ważnego nie działo? A może koniec tego rozdziału wygląda tak, a nie inaczej, bo kalendarium ze strony internetowej kończy się właśnie na 1993? Piotr Figura zarzucił pracę nad nim z uwagi na inne obowiązki.

I tu mała dygresja. Czytelnikowi należy się wyjaśnienie dotyczące kroniki Szkoły Podstawowej w Nowym Żmigrodzie. tóż, gdy Piotr Figura pracował w tej instytucji, to na polecenie dyrektor Alicji Witkowskiej tę kronikę zdigitalizował, odczytał z rękopisu, przepisał do edytora tekstu, uzupełnił o zapisy z brakujących lat, uzupełnił zdjęciami i opatrzył słowem wstępnym, w którym wyraźnie jest napisane, że to wewnętrzny dokument szkoły. Kronika tak przygotowana jest dostępna dla każdego. Wystarczy przyjść do biblioteki szkolnej i o nią poprosić. Wiemy, że J. J. Dębiec z kroniki korzystał, wielokrotnie są przeglądał, do czego jako absolwent szkoły miał pełne prawo. Przepisana przez pana Figurę kronika była kilkakrotnie drukowana w całości, oprawiana i podczas różnych uroczystości trafiała jako prezent m.in. do rąk abp Edwarda Nowaka i bp Jana Wątroby.

W związku z wydrukowaniem kroniki szkoły w książce “autorstwa” Jerzego Józefa Dębca pojawia się wiele pytań, np. skąd zdobył jej tekst? Z biblioteki? No chyba nie. Z “jego” książki (s. 417) dowiadujemy się, że w archiwum TMNŻ znajduje się rękopis Kroniki Szkoły Podstawowej w Nowym Żmigrodzie. Zapewniamy, że to nieprawda. Ten cenny dokument historii lokalnej jest przechowywany w szkole, bezpieczny, nieosiągalny dla postronnych. Pan “autor” mógł co najwyżej skorzystać z fotografii stron kroniki, które powstały przy okazji jej przepisywania. Rękopis kroniki był, za wiedzą pani dyrektor, udostępniany kilku pracownikom naukowym m.in. z Uniwersytetu Rzeszowskiego, którzy pisali monografie i artykuły. Oczywiście nie dostawali oni rękopisu kroniki do ręki. Dostawali płytę ze zdigitalizowaną kroniką. Tak, żeby ją swobodnie mogli odczytać.

Jeśli pan J. J. Dębiec przepisał kronikę szkoły, a chyba rzeczywiście tego dokonał (on, ktoś inny lub AI) to raczej z tej zdigitalizowanej kopii. Jak mógł wejść w jej posiadanie? Tego nie wiemy.

A dlaczego to takie istotne? Bo żmudne przepisywanie tekstu z oryginału i pośpieszne przepisanie tekstu z fotografii rękopisu, albo co gorsza użycie AI do takiego przepisywania, to nie taka sama praca.

Podać przykład? Otwieramy książkę losowo na str. 116 i czytamy rzekomo przepisaną z rękopisu kronikę szkoły, a w niej informację dotyczącą roku szkolnego 1931/1932, że zatrudniono wtedy p. Chaima Schilda - nauczyciela religii mojżeszowej. Na str. 119 zaś znajdujemy informację z kolejnego roku, że na tym stanowisku następuje zmiana “Transblaun Chaja (...) w miejsce pana Chaima Sekilda”. No to w końcu Schilda, czy Sekilda? Nie trzeba być geniuszem, żeby się zorientować, że to ta sama osoba. I czy naprawdę zastąpiła go Chaja Transblaun? A może jednak Chaja Franzblau? Tu kłania się wiedza o tym kiedy i jak powstawały żydowskie nazwiska.

Przykład drugi. Ta sama str. 116 książki. Czytamy: “Ogólny kryzys, który dotknął nie tylko szkołę, lecz prawie wszystkie kraje Europy, a nawet Amerykę, zmusił Władze szkolne do wydania zarządzeń jak najdalej posuwistych w szczególności.” (sic!) Naprawdę? A co to znaczy “najdalej posuwistych w szczególności”? 

A może jednak kierownik Kasprzyk napisał zdanie, które miało sens? Bo to wydrukowane w książce J. J. Dębca sensu nie ma. Pan Figura odczytał ten fragment tak: “Ogólny kryzys ekonomiczny, który dotknął nie tylko Polskę, lecz prawie wszystkie kraje Europy, a nawet Amerykę zmusił władze szkolne do wydania zarządzeń w kierunku jak najdalej posuniętych oszczędności.”

Przykład trzeci: Ta sama strona 116. Czytamy: “Wobec tego, że państwo polskie zyskało z powrotem wolność polityczną po blisko półtora wiekowej niewoli, odnawia jego z cementowanie wymaga wytężonej pracy i wysiłku do utrwalania niepodległości i wewnętrznej tężyzny - wobec całego społeczeństwa.” Naprawdę? A co to znaczy “odnawia jego z cementowanie”? To ma w ogóle sens? A może jednak ten fragment należało odczytać tak: “Wobec tego, że państwo polskie uzyskało z powrotem wolność polityczną po blisko półtora wiekowej niewoli, odbudowa jego i zcementowanie wymaga wytężonej pracy i wielkiego wysiłku dla utrzymania niezawisłości i wewnętrznej tężyzny - ze strony całego społeczeństwa.

Już tylko te fragmenty poddają w wątpliwość rzetelność odczytania i przepisania kroniki szkoły. Jeśli treść dokumentu została zniekształcona, to jaką ma on wartość dla czytelnika? Wydając rękopisy należy się stosować do zasad opracowanych przez biblioteki naukowe lub uczelnie. Nie bez powodu rękopisy zazwyczaj wydawane są w opracowaniu pracowników naukowych, np. “Kronika kościoła parafialnego w Starym Żmigrodzie”, którą opracował Daniel Nowak.

Równie istotną kwestią jest odpowiedź na pytanie: Jakim prawem Jerzy Józef Dębiec wydrukował kronikę szkoły i lekko zmodyfikowane kalendarium ze strony internetowej tej instytucji w “swojej” książce? Czy nie powinien wcześniej zapytać dyrektora szkoły o zgodę? A może swoje zdanie w tej sprawie powinien wyrazić też organ prowadzący szkołę? Czy, gdyby nawet dyrektor taką zgodę wyraził, to w przygotowanie publikacji nie powinni być zaangażowani np. nauczyciele? A może kronika mogłaby być wydana np. z okazji jubileuszu? Tak się to zwykle robi.

I tu niespodzianka. Na końcu rozdziału o szkole zostało wydrukowane podziękowanie dla p. dyrektor Alicji Witkowskiej za “udostępnienie materiałów do wyżej napisanej historii naszej szkoły” (s. 188). Tyle, że p. Alicja Witkowska nigdy nie dała p. Jerzemu Dębcowi rękopisu kroniki do ręki i nie wyraziła zgody na jej druk, ani przedruk zdjęć, które wiszą na szkolnych korytarzach. Niedbałe przepisanie kroniki i połączenie jej z kalendarium, do którego wprowadzono kosmetyczne zmiany, odbyło się w tajemnicy. A podziękowanie wydrukowane w książce jest próbą zatarcia śladów, zrzucenia z siebie odpowiedzialności. Nic dziwnego, “autor” zapewne zdawał sobie sprawę, że gdyby zapytał o zgodę, to by jej nie otrzymał.

Wróćmy do książki. Na s. 161 znajduje się podrozdział pt. “Historia szkoły widziana okiem nauczycieli i byłych uczniów w ich wspomnieniach”, a poniżej tekst pt. “Krótki wstęp”. Nie jest opatrzony przypisem, więc zakładamy, że jego autorem jest Jerzy Józef Dębiec. Ale szybko się orientujemy, że to nieprawda. Nawet taki krótki tekst wprowadzający “autor” nie był w stanie sam napisać? Porównujemy go z artykułem Piotra Figury z “Regionu Żmigrodzkiego” z czerwca 2018 s. 14-16 pt. “Mój alfabet historyczny żmigrodzkiej szkoły na Jubileusz 210-lecia. Jeśli o historii Szkoły Podstawowej w Nowym Żmigrodzie nie wiesz nic, to musisz to przeczytać!” Interesujący nas fragment to “W jak wojny, rozruchy i manewry”: https://nowyzmigrod.eu/regiony/region%20%C5%BCmigrodzki%202018/06_2018.pdf 

Cytujemy pierwszy akapit ze str. 161 książki p. Dębca: “W okresie Wiosny Ludów 1848-1849 car Mikołaj I wysłał cesarzowi austriackiemu 100 tys. żołnierzy do stłumienia powstania węgierskiego. Podczas przemarszu wojsko carskie przechodziło przez Żmigród i tu w szkole utworzyło kancelarię korpusową. W 1849 r. przebywał w Żmigrodzie cesarz Mikołaj I, który na ulicach miasteczka odbierał defiladę wojskową. Cesarz ze świtą zamieszkał w rezydencji Stadnickich.

A teraz artykuł p. Figury z 2018: “W okresie Wiosny Ludów (1848-1849) żandarm Europy – car Mikołaj I wysłał cesarzowi austriackiemu 100-tysięczną armię dla stłumienia powstania węgierskiego. Wojsko to przechodziło przez Żmigród, a w szkole mieści się kancelaria korpusowa rosyjskiej armii. W 1849 r. w Żmigrodzie przebywał cesarz Mikołaj I, który odbierał defiladę wojskową. Ówczesny właściciel dóbr żmigrodzkich, ofiarodawca pierwszego budynku szkoły – Władysław Stadnicki, nie zaszczycił głowy państwa rosyjskiego swoją obecnością, chociaż ten zamieszkał w jego dworze…

Cytujemy drugi akapit ze str. 161 książki p. Dębca: “Latem 1898 r. około miesiąca szkoła była zamknięta dla uczniów ponieważ mieszkali w niej żołnierze przydzieleni do pilnowania rozruchów związanych z pogromem Żydów. W miasteczku akuratnie w tym czasie był spokój.

A teraz artykuł p. Figury: “W lecie 1898 r. przez niemal miesiąc w szkole nie było zajęć, bowiem zamieszkali w niej żołnierze. Pilnowali porządku, aby nie dopuścić do pogromów żydowskich, które wybuchały w Galicji. Skutecznie. W Żmigrodzie w tym czasie był spokój.

Trzeci akapit ze str. 161 książki p. Dębca brzmi: “W 1901 roku w okolicy Żmigrodu przeprowadzone były manewry wojsk austriackich, w której (sic!) uczestniczył cesarz Franciszek I. Zamieszkał w Jaśle, a na jego powitanie pojechała cała rada pedagogiczna szkoły. Można było zaobserwować masę przemieszczających się wojsk zaborczych.” 

A teraz artykuł p. Figury: “We wrześniu 1901 r. w pobliżu Żmigrodu odbyły się manewry, które swoją obecnością uświetnił Cesarz Franciszek Józef I. Na spotkanie z nim, do Jasła udała się cała rada pedagogiczna żmigrodzkiej szkoły. Uczniom pozostało obserwowanie masy przetaczających się wojsk.

Czwarty akapit ze str. 161 książki p. Dębca: “W czasie I wojny światowej we wrześniu w budynku szkoły wojska austriackie urządziły szpital. Żmigród w krótkim okresie przechodził z rąk do rąk. Już w grudniu 1914 r. w szkole stacjonowało przez 4 miesiące wojsko rosyjskie. Podczas ofensywy gorlickiej Rosjanie zostali wyparci na wschód. 8 lipca rozpoczęłą się nauka ale odbywała się na powietrzu, ponieważ budynek był zniszczony.

A teraz artykuł p. Figury: “W czasie I wojny światowej, we wrześniu 1914 r. budynek szkoły został zajęty przez wojsko austriackie, które urządziło w nim szpital. W następnych miesiącach Żmigród trzykrotnie przechodził „z rąk do rąk”. Od grudnia 1914 r. w szkole stacjonuje wojsko rosyjskie. Okupacja rosyjska trwała 4 miesiące, do ofensywy gorlickiej z początku maja 1915 r. Gdy front oddalił się na wschód, już 7 lipca rozpoczęto naukę. Odbywała się ona jednak na wolnym powietrzu, bowiem budynek szkoły był zniszczony. Wielu nauczycieli nigdy nie wróciło z wielkiej wojny.

Piąty akapit z książki p. Dębca: “1 listopada 1939 r. z rozkazu okupacyjnych władz niemieckich rozpoczęła się nauka. Z programu nauczania usunięto geografię i historię. Wielu nauczycieli aresztowano. Praca nauczycieli i nauka uczniów podlegała ciągłej kontroli wojskowej i policyjnej…

No i dla porównania artykuł p. Figury, przypominamy, że starszy o 4 lata: “W 1939 r. dopiero 1 listopada rozporządzeniem niemieckich władz okupacyjnych rozpoczęła się nauka. Z programu usunięto historię i geografię. Poziom nauki obniżył się znacznie. Bardzo wielu nauczycieli aresztowano. Płaca nauczycielska była z miesiąca na miesiąc redukowana. Skonfiskowano pomoce naukowe, bibliotekę, nawet podręczniki do matematyki. Praca nauczyciela i nauka ucznia podlegały ciągłej kontroli wojskowej i policyjnej.

Jak można to skomentować? To tak się “sporządza” książkę? Pisaniem raczej tego nazwać nie można. A może to, co pan Dębiec zrobił z fragmentem artykułu autorstwa p. Figury to opracowanie lub streszczenie? No cóż, w szkole podstawowej za tego typu twórczość dostaje się ocenę niedostateczną. A w dorosłym życiu? 80 zł za tom.

Wróćmy do książki. Możemy się chyba spodziewać, że w podrozdziale pt. “Historia szkoły widziana okiem nauczycieli i byłych uczniów w ich wspomnieniach” zobaczymy wreszcie pracę J.J. Dębca. Przecież żeby tak zatytułować podrozdział trzeba mieć jakiś zbiór wspomnień, wywiadów, pewnie prowadzonych, spisywanych i gromadzonych przez lata. To prawda, ale to nie pan Dębiec nad nimi pracował. Ten fragment książki, cały ten podrozdział to przedrukowane w całości artykuły różnych autorów zamieszczane przez lata w “Regionie Żmigrodzkim”:

Jako pierwszy jest tu tekst Beaty Baraś pt. “Byli jak jedna rodzina” z numeru październikowego z 2006 s. 8-9: https://nowyzmigrod.eu/regiony/region%20%C5%BCmigrodzki%202006/10_2006.pdf  Autor” zmienił mu tytuł na “W powojennej żmigrodzkiej szkole”. Jakim prawem to zrobił? Jakim prawem go przedrukował, bez wiedzy i zgody autorki?

Jako drugi pojawia się tu kolejny artykuł Beaty Baraś pt. “Z tabliczką i kałamarzem - do szkoły” z numeru październikowego z 2003 s. 8. https://nowyzmigrod.eu/regiony/region%20%C5%BCmigrodzki%202003/10_2003.pdf “Autor” pominął kilka wstępnych zdań i znowu zmienił tytuł na “O szkolnym kałamarzu, tabliczce i butach”. Jakim prawem przedrukował ten artykuł? Jakim prawem wprowadził do niego zmiany?

Trzeci przedrukowany tekst jest również autorstwa Beaty Baraś pt. ”Żmigrodowi dałam całe swoje serce” i pochodzi z tego samego październikowego numeru z 2003 s. 9 i 13. Jakim prawem pan Dębiec przedrukował ten artykuł?

Jako czwarty “autor” przedrukował tekst pt. “Wędrówka sztandaru szkoły w Nowym Żmigrodzie”, który został opublikowany w marcu 2016 na s. 13-14. https://nowyzmigrod.eu/regiony/region%20%C5%BCmigrodzki%202016/2016_03.pdf Jego autorem jest Piotr Figura. Jakim prawem znalazł się on w książce J. J. Dębca, bez wiedzy i zgody autora?

Piątym artykułem zawartym w tym podrozdziale jest tekst autorstwa Daniela Nowaka pt. “Niepodległość” z listopada 2016 s. 16. https://nowyzmigrod.eu/regiony/region%20%C5%BCmigrodzki%202016/2016_11.pdf Jakim prawem ten tekst został przedrukowany, bez zgody i wiedzy autora?

Tekst szósty jest autorstwa Janiny Bobuli pt. “Wspomnienia z dawnych lat szkolnych” z numeru sierpniowego 2022 s. 15. “Autor” i tu pokusił się o zmiany. Nadał testowi inny, trzeba przyznać odkrywczy tytuł “Wspomnienie” i nie przedrukował kilku ostatnich zdań. Autorka kończyła swój tekst tak: “Kończąc dodam tylko, że nauczycielom teraz uczącym życzę takiego szacunku ze strony uczniów i poważania, jakim my wówczas darzyliśmy naszych nauczycieli. Wspomnienia te i życzenia dedykuję nauczycielom i uczniom, bo w moim wieku to już każdy dzień może być dniem ostatnim. Janina Bobula”.

Zamiast tego wzruszającego zakończenia, które “autor” i “twórca” z sobie tylko znanych powodów usunął, pojawia się dopisek: “Ciekawostką jest zdjęcie z Kursu Gotowania Średniej Szkoły Rolniczej w Żmigrodzie Nowym z roku 1949.” Rzeczywiście na tej stronie, powyżej tekstu jest malutkie zdjęcie, ale zupełnie nie rozumiemy dlaczego, skoro pani Janina Bobula wspominała szkołę podstawową, a nie średnią rolniczą… 

Pytamy z uporem: jakim prawem kronika szkoły w Nowym Żmigrodzie została wydrukowana? Jakim prawem teksty Beaty Baraś, Piotra Figury i Daniela Nowaka znalazły się w książce J. J. Dębca, skoro żadna z wyżej wymienionych osób nie wyraziła zgody na przedruk? Jakim prawem p. Dębiec wprowadza zmiany w tekstach, których nie jest autorem? Dlaczego zmienia ich tytuły i usuwa ich fragmenty?

Pan Jerzy Józef Dębiec najwyraźniej uważa, że wolno mu robić z czyjąś własnością co mu się podoba. Tak - własnością, bo tekst jest własnością autora. Tę własność chroni i reguluje Ustawa z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych.

Szkoła Podstawowa im. Władysława Findysza w Nowym Żmigrodzie, czyli instytucja, do której należą prawa autorskie zarówno treści zamieszczanych na stronie internetowej, jak i treść kroniki szkoły ma, w myśl art. 17, wyłączne prawo do korzystania z utworu i rozporządzania nim na wszystkich polach eksploatacji. Nieautoryzowane przepisanie i wydrukowanie kroniki to korzystanie z utworu bez zgody uprawnionego. Szkoła ma także prawo do decydowania o pierwszym udostępnieniu utworu (art. 16 pkt 4) i do nadzoru nad sposobem jego wykorzystania (art. 16 pkt 5).

Beata Baraś, Piotr Figura, Daniel Nowak i Janina Bobula mają wyłączne prawa autorskie i majątkowe do artykułów, które napisali i opublikowali na łamach “Regionu Żmigrodzkiego”. Tylko oni mogą decydować o kolejnej formie ich wykorzystania (art. 17), a gdy wyrażą zgodę na przedruk, muszą zostać prawidłowo oznaczeni jako autorzy (art. 16 pkt 2). Mają także prawo do integralności, czyli nienaruszalności swoich utworów. W ich artykułach, bez ich zgody, nie można zmienić ani jednego słowa (art. 16 pkt 5).

 

 

SP_READ_MORE

Zakłamana bitwa

Bitwa o Przełęcz Dukielską – w powszechnej opinii - była największą bitwą stoczoną w warunkach górskich, jaka miała na terenie Polski w czasie II wojny światowej. I jest to niewątpliwie jedyny fakt z którym można się zgodzić. Bo wszelkie inne opinie w rodzaju, że był to „mały Stalingrad” czy pancerne starcie na miarę bitwy na Łuku Kurskim można śmiało między bajki włożyć, co nie zmienia faktu, że takie opinie mają i będą mieć swoich wiernych zwolenników, by nie powiedzieć, fanów. Jako, że działania wojenne objęły też część gminy Nowy Żmigród sądzę, że warto przypomnieć nie tylko wydarzenia, które miały miejsce 81 lat temu ale też ich niezwykle ciekawy kontekst historyczny…

Na przestrzeni wieków Słowacja pozostawała częścią składową środkowoeuropejskich mocarstw: najpierw Królestwa Węgier, gdy nazywana była Górnymi Węgrami a później cesarstwa Austro-Węgier. Słowacka tożsamość narodowa zaczęła się dopiero budzić pod koniec XVIII wieku. W kolejnych dziesięcioleciach nieliczna słowacka inteligencja rozpoczęła powolny proces budowy narodowej oświaty oraz ochrony rodzimego języka. Koniec I wojny światowej oraz rozpad Austro-Węgier otworzyły przestrzeń do powstania wielu nowych państw w Europie Środkowej. Tak, jak dla Polski szansą na odzyskanie niepodległości była pierwsza wojna światowa i konflikt pomiędzy zaborcami, tak dla Czechów i Słowaków była to okazja do oderwania się od państwa austro-węgierskiego. Politycy czescy i słowaccy, spośród których najaktywniejszą rolę odgrywali Czesi Tomáš Masaryk i Edvard Beneš oraz Słowak Milan Rastislav Štefánik, prowadzili szeroko zakrojoną akcję promując ideę powstania państwa czechosłowackiego. Rozmowy prowadzono z kilkoma państwami Ententy, głównie ze Stanami Zjednoczonymi i Francją. 31 maja 1918 roku w Stanach Zjednoczonych (w Pittsburgu) doszło do podpisania umowy pittsburskiej pomiędzy delegatami z Czech i Słowacji. Umowa mówiła o utworzeniu państwa czechosłowackiego, lecz warunkiem jego powstania miała być szeroka autonomia dla Słowaków. W październiku 1918 roku w Pradze, Czesi proklamowali powstanie państwa czechosłowackiego, a już parę dni później, w Martinie, powstała Słowacka Rada Narodowa, która opublikowała deklarację o odłączeniu się od Węgier i dobrowolnym złączeniu z Czechami. Powstanie wspólnego państwa Czechów i Słowaków było wynikiem dwóch strachów: strachu Czechów przez mniejszością niemiecką zamieszkującą Sudety i strachu Słowaków przed dominacją węgierską uznającą Słowację za część Węgier. Słowacy tworząc państwo z Czechami domagali się jednak autonomii a o jej wyegzekwowanie przyszło im starać się przez całe dwudziestolecie międzywojenne. Warto wspomnieć, że Czesi w Czechosłowacji (stanowiący około 50% ludności) prowadzili skrajnie szowinistyczną politykę, traktując mniejszości jak obywateli drugiej kategorii. Przykładowo, na 270-osobowy parlament tylko 14 posłów było Słowakami. Na 139 generałów czechosłowackich tylko jeden był Słowakiem (Rudolf Viest) a oficerowie słowackiego pochodzenia stanowili zaledwie 3,4% całości. Głównym wyrazicielem słowackich aspiracji narodowych stał się ksiądz Andrzej Hlinka, założyciel Słowackiej Partii Ludowej (tzw. ludaków), która wkrótce stała się największą partią polityczną Słowacji. SPL miała charakter katolicko-narodowy. Deklarowała programową walkę z trzema tendencjami, uważanymi przez nią za szczególnie zgubne: ateizmem, protestantyzmem i ideą czechosłowakizmu. Mianem „czechosłowakizmu” określano pogląd zakładający istnienie jednego narodu czechosłowackiego, co było intensywnie lansowane przez cześć polityków czeskich. Po śmierci A. Hlinki na czele SPL stanął kolejny ksiądz, Józef Tiso.

W 1938 roku tzw. kryzys sudecki w Czechach spowodował wzrost tendencji narodowych na Słowacji i 6 października w Żylinie została proklamowana autonomiczna republika Słowacji. Dzień później na czele jej rządu stanął ks. Josef Tiso, przywódca Partii Słowackiej Jedności Narodowej, utworzonej z partii ludowych i mieszczańskich. Została zorganizowana Gwardia Hlinki, lokalne wojsko słowackie. 18 grudnia 1938 roku zostały przeprowadzone pierwsze wybory, które wygrała partia ks. Josefa Tiso. 27 lutego 1939 roku słowacki rząd autonomiczny zwrócił się do rządu Czecho-Słowacji o „słowakizację” armii stacjonującej w Słowacji (tj. wymianę żołnierzy czeskich na słowackich) oraz o nadanie prerogatyw słowackim politykom jako reprezentantom oddzielnego państwa. Rząd w Pradze w odpowiedzi 9 marca zdymisjonował rząd słowacki, a na terenie Słowacji został wprowadzony stan wojenny. 10 marca 1939 roku w Bratysławie pojawiło się wojsko czeskie. J. Tiso przestał być premierem, ale po spotkaniu z Adolfem Hitlerem i Joachimem Ribbentropem, ministrem spraw zagranicznych III Rzeszy - pod groźbą przekazania ziem słowackich Węgrom - 14 marca 1939 roku Sejm Słowacji, obradujący pod osłoną oddziałów Gwardii Hlinki, ogłosił niepodległość kraju (po 1032 latach!) i poprosił o opiekę Adolfa Hitlera. Nowe państwo zostało uznane przez większość państw europejskich, w tym przez Polskę, która co prawda niepodległość Słowacji uznała, ale tydzień później rząd sanacyjny poparł węgierską inwazję na Słowację z 23 marca (tzw. mała wojna). 22 marca Słowacja i III Rzesza podpisały tzw. układ o stosunku ochronnym, gdzie Słowacja – w zamian za zagwarantowanie jej granic - zobowiązała się prowadzić wspólną z Niemcami politykę gospodarczą i zagraniczną oraz zgodziła się na stacjonowanie na swoim terytorium wojsk niemieckich. Ponadto Niemcy uzyskały prawo do budowania lotnisk, fortyfikacji i zakładania garnizonów na Słowacji przy granicy z Austrią i Polską. W zamian gwarantowały Słowacji niepodległość. W niestabilnej sytuacji międzynarodowej związanie się z Niemcami było dla Republiki Słowackiej jedynym racjonalnym wyjściem. Warto wiedzieć, że już 6 października 1938 roku, czyli w dniu ogłoszenia autonomii, słowacki rząd prosił o „opiekę rządu polskiego”, ale Polska pozostała głucha a co więcej, 30 listopada 1938 roku zażądała zwrotu Spisza i Orawy. Do Polski przyłączonych zostało 226 km2 z 3280 mieszkańcami. Tereny te były nie tylko słabo zaludnione, ale także całkowicie bezwartościowe gospodarczo ale polskie ultimatum stanowiło poważny cios dla propolsko nastawionych polityków w Bratysławie, którzy prosili, aby kwestię tę odłożyć na przyszłość, po odzyskaniu pełnej niepodległości przez Słowaków. Przez Słowację przetoczyła się fala antypolskich demonstracji a dotąd bardzo przyjaźnie nastawiony do Polski ksiądz Tiso zmienił kurs i zbliżył się do Berlina. 23 marca Węgry, po wcześniejszym zajęciu tzw. Ukrainy Zakarpackiej, wkroczyły na teren wschodniej Słowacji a ich lotnictwo zbombardowało Spiską Nową Wieś. Dzień później – pod niemieckim naciskiem – zostało zawarte zawieszenie broni, ale walki trwały do 31 marca a Słowacja została zmuszona oddać Węgrom 1700 km2 z 70 tys. ludności. 21 lipca 1939 roku słowacki Sejm przyjął Konstytucję Republiki Słowackiej a ks. Josef Tiso został wybrany prezydentem.

Jesienią 1939 roku, gdy Niemcy przygotowywali się do ataku na Polskę, w swych strategicznych rachubach mogli liczyć na słowackiego sojusznika. Oprócz przygotowania 3 dywizji piechoty liczących ok. 50 tys. ludzi, Słowacja udostępniła też Niemcom swoją infrastrukturę wojenną, a we wrześniu 1939 roku – bez wypowiedzenia wojny – zaatakowała Polskę, będąc – obok III Rzeszy i Związku Radzieckiego – jednym z trzech agresorów. Główne kierunki uderzenia armii słowackiej skierowane były na Niedzicę, Zakopane, Krynicę, Tylicz, Komańczę, Sanok, Lesko i Cisną. O natężeniu „walk'” niech świadczy to, że jedynym „oddziałem” polskim, jaki napotkali Słowacy 1 września, było... dwóch polskich policjantów na rowerach w Jaworzynie, którzy odjechali szybko na widok wojsk słowackich. Wszystkie „bitwy” podczas tej inwazji to kilka drobnych potyczek ze Strażą Graniczną i Korpusem Ochrony Pogranicza. W tych „bataliach” o kilka wiosek i miasteczek zginęło w sumie 18 (w tym jeden kopnięty przez konia, a dwóch przypadkowo postrzelonych), zaginęło 11 słowackich żołnierzy a 46 zostało rannych. Do słowackiej niewoli trafiło 1350 polskich żołnierzy - z tego 1200 przekazano Niemcom a pozostali trafili do obozu w miejscowości Lešti. Dla uczestników wojny z Polską słowacki rząd ustanowił specjalne odznaczenie – Słowacki Krzyż Wojskowy.

Za udział w agresji na Polskę Słowacja otrzymała Spisz i Orawę, łącznie ok. 770 km2, zamieszkałych przez ok. 34,5 tys. ludzi, które były przedmiotem sporu między Polską i Czechosłowacją od powstania tego państwa w 1918 roku. Słowacy szybko przystąpili do słowakizacji ludności. Specyfika państwa słowackiego, rządzonego przez katolickiego księdza, spowodowała, że specjalny nacisk kładziono na politykę kościelną. Narzędziem depolonizacji zajętych obszarów mieli być więc zarówno przedstawiciele administracji państwowej, jak i kościelnej. Nieprzypadkowo w pierwszej kolejności represjami objęto polskich księży. Musieli oni opuścić parafie i zajmowane urzędy w administracji kościelnej. Ci, którzy pochodzili spoza inkorporowanych obszarów, zostali wywiezieni do Generalnej Guberni a na ich miejsce sprowadzano księży z innych obszarów Słowacji.

Paradoksalnie, w miarę jak pogłębiał się konflikt militarny w Europie, sytuacja gospodarcza na Słowacji ulegała systematycznej poprawie. Następował wzrost poziomu zamożności społeczeństwa, które w przytłaczającej większości identyfikowało się z własnym państwem, choć autorytarny system społeczno-polityczny nie dawał możliwości legalnego działania skrajnie lewicowym ugrupowaniom politycznym. Skala represji była na Słowacji niewielka. Warto dodać, że w państwie słowackim rządzonym przez ks. Tiso do 29 sierpnia 1944 roku nie wykonano ani jednego wyroku śmierci z powodów politycznych.

W 1940 roku Słowacja przystąpiła do tzw. Paktu Trzech, czyli sojuszu III Rzeszy, Japonii i Włoch, a 23 czerwca 1941 roku, kierując się zobowiązaniami sojuszniczymi, wypowiedziała wojnę Związkowi Radzieckiemu wysyłając swój kontyngent wojskowy, którego liczebność wahała się od 5 do 30 tysięcy żołnierzy. W grudniu 1941 roku Słowacja wypowiedziała też wojnę Wielkiej Brytanii i USA. Z punktu widzenia strategii wojennej, siły słowackie nie miały większego znaczenia, zwłaszcza, że żołnierze słowaccy, obok dowodów waleczności, zasłynęli też tym, że masowo dezerterowali (np. w październiku 1943 roku na stronę rosyjską zdezerterowało jednorazowo ponad 2 tys. żołnierzy słowackich). Warto dodać, że po stronie niemieckiej na froncie wschodnim, walczyli też słowaccy piloci myśliwscy z których najskuteczniejszym był Jan Režňák (32 zestrzelenia). Lotnicy słowaccy zostali wycofani z frontu, gdy zaczęli – podobnie jak ich koledzy z wojsk lądowych – dezerterować na stronę Rosjan. Oczywiście, z punktu widzenia strategii wojskowej znacznie ważniejszą rolę Słowacja spełniała ze względu na dostawy żywności i bezpieczne szlaki komunikacyjne. Jej znaczenie geopolityczne wzrosło, gdy linia frontu zaczęła się zbliżać do jej granic.

Ogłoszenie niepodległości Słowacji w marcu 1939 r. nie wywołało na Słowacji sprzeciwu wśród zwolenników Czechosłowacji, gdyż nawet dla najbardziej radykalnych zwolenników wspólnego państwa Czechów i Słowaków było jasne, że państwo słowackie to coś więcej niż protektorat. Na przełomie lat 1942-43 Niemcy ponieśli pierwsze poważne klęski, które zasygnalizowały punkt zwrotny w prowadzeniu wojny. Była to klęska armii Rommla w Afryce Północnej i klęska armii Paulusa pod Stalingradem. Latem 1943 roku, Niemcy ponieśli strategiczną porażkę pod Kurskiem. Nawet sam generał F. Čatloš, minister obrony narodowej Słowacji, przyznawał, że po niepowodzeniu ofensywy kurskiej doszedł do wniosku, że Niemcy nie wygrają wojny. Włosi doszli do tego samego wniosku w październiku 1943 roku i skapitulowali. Pod wpływem tych wydarzeń na Słowacji zapanowała niepokojąca sytuacja. Każdy, kto patrzył w przyszłość, zadawał sobie pytanie: co się z nami stanie? Nie było łatwo odpowiedzieć na to pytanie, bo o ile Niemcy obiecały Słowacji ochronę w 1939 roku, o tyle już w 1943 roku było jasne, że Niemcy też nie będą w stanie się obronić. Czy komuś się to podobało, czy nie, wraz z klęską Niemiec zbliżała się również klęska Słowacji. Największą tragedią Słowacji było to, że wojna wybuchła, zanim mocarstwa zachodnie zwróciły na Słowację uwagę a kiedy wojna podzieliła świat na obóz aliantów i państwa Osi, Słowacja znalazła się po złej stronie. Beneš miał bardzo łatwe zadanie przekonania rządów alianckich, że Słowacja nie jest problemem międzynarodowym, ale wewnętrznym problemem Czechosłowacji, który rozwiąże „z wielką radością”. To przypieczętowało los Słowacji jako państwa.

Początkowo opór składał się ze spotkań w uzdrowiskach, wygodnych willach i niekończących się debat ale komuniści, wspierani przez Związek Radziecki, zaczęli się powoli aktywizować. Pojawiły się też oddziały partyzanckie. Pierwszy stworzył Viliam Žingor, który powołany w 1943 roku na ćwiczenia rezerwistów z perspektywą wyjazdu na front wschodni, zaczął się ukrywać wykorzystując krąg swoich znajomych. Niektóre źródła twierdzą jednak, że przyczyną dla której V. Žingor odmówił ponownego wstąpienia do armii słowackiej był fakt, że związał się z nową partnerką i nie chciał jej opuszczać. W historii – jak widać – różne okoliczności tworzą z ludzi bohaterów. W drugiej połowie 1943 roku przez słowackie góry przemieszczało się wielu uciekinierów, głównie ze Związku Radzieckiego, którzy zostali zmuszeni do pracy na okupowanych przez Niemców terenach lub jeńców wojennych, którym udało się uciec, ale utknęli w Republice Słowackiej podczas próby przedostania się do swoich. W ten sposób wokół Žingora i jego przyjaciół utworzyła się niewielka grupa, licząca w marcu 1944 roku od 15 do 20 osób.

Zachęcony optymistycznymi wiadomościami płynącymi ze Słowacji, Edward Beneš, lider rządu czechosłowackiego na emigracji (Tymczasowy Rząd Czechosłowacki, którego liderem był E. Beneš, został formalnie uznany za rząd 18 lipca 1941 roku), próbował sprowokować powstanie na Słowacji już w 1943 roku, ale jesienią tego roku pojawiła się możliwość na którą nikt nie liczył wcześniej: „wyzwolenie” Czechosłowacji od Wschodu.

W grudniu 1943 roku różne organizacje podziemne podpisały tzw. umowę bożonarodzeniową (Gustav Husák, Karol Šmidke i Ladislav Novomeský jako przedstawiciele partii komunistycznej oraz Jozef Lettrich, Ján Ursíny i Vavro Šrobár jako przedstawiciele partii agrarnej) na mocy której powstała Słowacka Rada Narodowa. Jako ciekawostkę można podać, że owa umowa została opublikowana dopiero we wrześniu 1944 roku. Z tekstu umowy bożonarodzeniowej wynika, że słowackie grupy oporu chciały obalić rządy J. Tiso ale choć pragnęły przywrócenia Czechosłowacji, nie chciały jej przywrócić w formie sprzed Monachium.

Ponieważ interwencje rządu przeciwko „bojownikom ruchu oporu” były tylko formalne, nieskuteczne lub nie istniały, ich śmiałość rosła i, oczywiście, rosły również ich szeregi. Ten zgubny rozkład był najbardziej widoczny w armii słowackiej. Słowacki żołnierz nie był gorszy od żołnierza Wehrmachtu czy Armii Czerwonej a marsz „z Tatr nad Morze Azowskie”, z krwawymi i zwycięskimi przystankami pod Lipowacem i Rostowem świadczył o tym, że umie walczyć i że nie boi się śmierci, ale musi mieć dobre przywództwo polityczne i wojskowe. Jednak w drodze powrotnej znad Morza Azowskiego w Tatry dowództwo rozczarowało, a demoralizujące konsekwencje szybko stały się widoczne. Zaczęło się tuż nad Morzem Azowskim na Krymie, gdzie 30 października 1943 roku ponad dwa tysiące słowackich żołnierzy i oficerów, zakwaterowanych we wsi Kachowka pod Melitopolem, pod wpływem propagandy partyzanckiej wraz z bronią, przeszło na ich stronę. Niemcy skarżyli się na słowackich żołnierzy, że umieją walczyć, ale nie umieją się wycofać. Słowacki odwrót zwykle kończył się ucieczką na oślep lub niewolą. O ile zwykli żołnierze nie chcieli walczyć, o tyle problem kadry oficerskiej był znacznie bardziej skomplikowany. Korpus oficerski był w przeważającej mierze antykomunistyczny. Prawdą jest, że wielu z nich było żołnierzami zaciężnymi i było gotowych sprzedać swoje usługi każdemu, kto by tego chciał, ale jeśli mieli możliwość wyboru między Benešem a komunistami, ich wybór padał na Beneša. Słowację, jako niepodległe państwo – mówiąc trywialnie – spora część z nich sobie „odpuściła”, bo patrząc na rozwój wydarzeń militarnych, zdawali sobie sprawę, że jej niepodległość skończy się wtedy, gdy jej terytorium zajmą Rosjanie. Poszukiwali zatem miejsca, które w przyszłości zapewni im możliwość pracy w wyuczonym zawodzie i awansu. W marcu 1944 roku na Słowację przyjechał z Turcji specjalny wysłannik Beneša Jaroslav Krátký, którego zadaniem było wysyłanie do Londynu bezstronnych raportów i udzielanie praktycznych porad dotyczących ewentualnego powstania oraz wyboru odpowiedniej osoby do organizacji i poprowadzenia tej akcji. Krátký odbył konferencje z członkami Słowackiej Rady Narodowej i zatwierdził ich wybór w osobie podpułkownika Jan Goliána, szefa sztabu Wojsk Lądowych w Bańskiej Bystrzycy, zwolennika idei czechosłowakizmu na dowódcę tzw. Słowackiego Sztabu Wojskowego, który miał opracować plan działania. Bardzo szybko gotowy był szkic, który przewidywał lądowanie zachodnich aliantów na Bałkanach lub szybkie natarcie w górę Półwyspu Apenińskiego. Jeśli taka akcja byłaby szybka, armia słowacka by dokonała przewrotu i broniła słowackiego terytorium przed Niemcami do czasu przyjścia aliantów. Jedynym mankamentem planu było to, że opierał się on bardziej na myśleniu życzeniowym niż na twardej rzeczywistości.

Na przełomie czerwca i lipca 1944 roku, gdy Armia Czerwona wtaczała się na Zachód, a alianci nie robili praktycznie nic z południa, w słowackim dowództwie wojskowym pojawił się nowy plan, zgodnie z którym w odpowiednim momencie miał zostać przeprowadzony na Słowacji zamach stanu. Armia miała przejąć kontrolę, utrzymać porządek i jednocześnie otworzyć Rosjanom przełęcze karpackie. Umożliwiłoby to Armii Czerwonej swobodne wejście na Słowację, a tym samym do serca dorzecza Dunaju. Rosjanie mieliby możliwość posuwania się z Dukli do Wiednia bez strat i tak szybko, jak ich czołgi były w stanie się poruszać. Był to tak zwany „plan Čatloša”, który składał się z części wojskowej i politycznej. Już z zeznań w procesie J. Tiso i F. Čatloša wynikało, że choć Čatloš był inicjatorem tego planu, to wszyscy byli w niego wtajemniczeni. Čatloš opracował plan w lipcu, a kapitan Jan Stanek, który miał go zaprezentować Rosjanom, najpierw pokazał go Goliánowi a ten, po konsultacjach ze swoim sztabem, przedłożył plan Słowackiej Radzie Narodowej, która go przywłaszczyła, co prawda z niewielkimi zmianami. Politycy pominęli Čatloša, ponieważ jego funkcja polityczna mogłaby zastraszyć rząd w Londynie, a także pominęli artykuł, w którym Čatloš prosi Rosjan o pozostawienie Słowakom ich własnego państwa. Plan Čatloša zakładał, że Armia Czerwona w ramach ofensywy na południowym odcinku frontu wschodniego, atakując Kraków i Przełęcz Użocką, powinna podjąć także iluzoryczną ofensywę na Przełęcz Dukielską. Wojska słowackie miałyby odeprzeć tę ofensywę i w ten sposób odwrócić uwagę Niemców od tego odcinka. W odpowiednim momencie (sugerował, że gdy padnie Kraków na północy lub Miszkolc na południu, czyli w styczniu 1945 roku), armia słowacka otworzy front i ułatwi Armii Czerwonej swobodne przejście nad Dunaj i Morawy. Čatloš chciał tymczasowo ustanowić dyktaturę wojskową i opowiadał się za utrzymaniem państwa słowackiego, a stosunki państwowe miały być po wojnie zorganizowane „zgodnie z interesami ZSRR”. SRN zmieniła plan politycznie, ale nie militarnie i wysłała go do Moskwy dwoma specjalnymi kurierami (Karol Šmidke reprezentował komunistów, a podpułkownik Mikulaš Ferjenčík demokratów i Słowacki Sztab Wojskowy), którzy dopiero 4 sierpnia - kiedy Čatloš dał im samolot i pilota, majora Lisickŷ'ego, który był jego emisariuszem – polecieli na stronę rosyjską. Ogień przeciwlotniczy nad terytorium ZSRR zmusił samolot do awaryjnego lądowania a kurierów zamienił w jeńców radzieckich. Po 40 godzinach spędzonych w więzieniu zostali przesłuchani przez komisarza politycznego 4 Frontu Ukraińskiego Lwa Mechlisa, który - jak skarżył się Ferjenčík – „zabrał nam wszystkie dokumenty”. W nocy z 6 na 7 sierpnia kurierów przewieziono do Moskwy, gdzie inni oficerowie NKWD potraktowali ich tak, jakby byli szpiegami, a nie delegatami z ważną misją wojskowo-polityczną. Jakie były losy planu Goliana? Jak można wyczytać z nieopublikowanych wspomnień J. Fierlingera (ambasadora rządu Beneša w Moskwie i jednocześnie agenta NKWD), Rosjanie byli początkowo zainteresowani planem, ale nigdy nie wypowiedzieli się jasno na jego temat i ostatecznie go odrzucili. Fierlinger sugeruje, że było to spowodowane interwencją Beneša, który w międzyczasie dowiedział się o planie więcej, niż SRN była skłonna mu ujawnić. Wiedział, że jeśli Rosjanie zaakceptują plan Goliana, to wszystkie atuty będą się znajdować w rękach działaczy SRN, a nie jego i dlatego zaczął blokować plan.

Dla komunistów wojna to przede wszystkim praktyczna polityka i z tego punktu widzenia również oceniali plan Čatloša. W tym czasie Rosjanie byli już pewni zwycięstwa, a ich działania militarne były bezpośrednio związane z planami powojennymi, które jak wiemy obejmowały wprowadzenie rządów komunistycznych w Europie Środkowej. O ile Powstanie Warszawskie im się nie podobało, to z takim samym niezadowoleniem patrzyli na starania Beneša o zorganizowanie przewrotu wojskowo-politycznego na Słowacji. Podczas pobytu w Moskwie w grudniu 1943 roku Beneš zwierzył się Rosjanom ze swoich planów dotyczących Słowacji (jako ciekawostkę można podać, że Beneš wyraził nadzieję, że rząd ZSRR będzie naciskał na rząd czechosłowacki w kwestii ukarania polityków słowackich winnych wypowiedzenia wojny ZSRR, bo samym Czechom – ze względów na politykę wewnętrzną – byłoby to niewygodnie zrobić; wśród tych polityków słowackich, których prezydent Beneš zamierzał powiesić, obok ks. J. Tiso, był też gen. Čatloš - źródło: https://www.fronta.cz/dokument/moskevska-jednani-benes-molotov-2#viset) i opowiedział im o planowanej wojnie powstańczej, prosząc o wsparcie. Rosjanie słuchali z zainteresowaniem, ale było oczywiste, że nie chcą dać się wyprzedzić Benešowi, który był dla nich politykiem „burżuazyjnym”. I tak, podczas, gdy Beneš dążył do przewrotu „od góry”, komuniści zaczęli działać „od dołu” a Beneša nie postrzegali jako sojusznika, ale jako konkurenta do powojennych rządów.

W publikacjach dotyczących Słowackiego Powstania Narodowego dostępnych w języku polskich praktycznie nie porusza się wątku działalności grup zwiadowczych wysyłanych na teren Słowacji przez Rosjan albo porusza się je w sposób bardzo ogólnikowy. Tak, by wspomnieć ale za dużo szczegółów nie podawać, dlatego sądzę, że warto trochę tych szczegółów podać. Jeszcze 5 kwietnia 1944 r. poseł niemiecki w Bratysławie Hans Ludin pisał w raporcie do Berlina, że na Słowacji nie ma partyzantów, ale sytuacja zmieniała się błyskawicznie. Główną rolę w organizowaniu „spontanicznego oddolnego oporu mas pracujących” odegrali czescy komuniści, którzy lata wojny spędzili w Moskwie. W maju 1944 roku w Kijowie została utworzona szkoła dla dowódców partyzanckich przeznaczonych do działań na Słowacji (zostało to zaaranżowane przez K. Gottwalda i S. Chruszczowa), których po 2-3 miesięcznym szkoleniu przerzucano na Słowację, gdzie ich zadaniem było przeprowadzanie sabotażu i organizowanie szerokich mas do „walki antyfaszystowskiej”. W lipcu 1944 r. pojawiły się grupy partyzanckie we wschodniej Słowacji, na przełomie zaś lipca i sierpnia 1944 r. spadochroniarze lądowali również w środkowej Słowacji. Tym, co musiało bardzo zaskoczyć radzieckich spadochroniarzy po przybyciu na Słowację, była nieobecność Niemców i oddziałów niemieckich. Kiedy chcieli walczyć z jakimiś Niemcami i nazistami, musieli ich długo i z trudem szukać, a jeśli już ich znaleźli, byli to zazwyczaj bezbronni ludzie, których przodkowie przybyli na Słowację 6-7 wieków temu. Były to pierwsze ofiary „walki” partyzanckiej. W lipcu i sierpniu liczba partyzantów i sabotaży wzrosła tak bardzo, że zaczęły one zagrażać bezpieczeństwu i stabilności Słowacji. Początkowo ich działania koncentrowały się na terenie Turca, w lasach Wielkiej i Małej Fatry. Partyzanci utrzymywali łączność z Kijowem, a konkretnie z Ukraińskim Sztabem Ruchu Partyzanckiego, kierowanym przez funkcjonariusza NKWD Timofieja Strokacza, i stamtąd otrzymywali rozkazy. Działania partyzantów były znacznie bardziej niekorzystne dla Słowackiej Rady Narodowej i Słowackiego Dowództwa Wojskowego niż dla słowackich władz rządowych. Jedną z grup, która w krótkim czasie stała się znaczącym czynnikiem napędowym i istotną siłą militarną w regionie Turca, dowodził porucznik Piotr Veličko, który spotkał się z Janem Golianem. Golian próbował przekonać Veličkę, że działania partyzanckie przynoszą więcej szkody niż pożytku (bo np. wysadzanie tuneli kolejowych czy niszczenie linii kolejowych na terenach, które znajdowały się na terenie kontrolowanym przez Armię Słowacką bardziej szkodzi organizatorom puczu niż Niemcom), a mordowanie cywilów pochodzenia niemieckiego może spowodować reakcję Niemców na którą zamachowcy nie są jeszcze gotowi. Golian i jego sztab znaleźli się w bardzo trudnej sytuacji: wysłani do Moskwy kurierzy nie wrócili i nie poinformowali o wynikach swojej misji a dowódcy partyzanccy, z którymi udało mu się nawiązać kontakty, byli w niezrozumiały sposób niechętni do współpracy. Na wszystkie jego prośby i groźby mieli tylko jedną odpowiedź: „Dajcie nam broń przeciwko Niemcom, jeśli nam jej nie dacie, to ją weźmiemy”. Nie dało się ich okiełznać, zatrzymywali pociągi, wysadzali mosty, terroryzowali mniejszość niemiecką, co – biorąc pod uwagę fakt, że Związek Radziecki i Słowacja były w stanie wojny – było działaniem ze wszech miar uzasadnionym z punktu widzenia interesów militarnych i politycznych Związku Radzieckiego. 24 sierpnia Golian zwrócił się do Beneša z pilną prośbą o wywarcie wpływu na partyzantów poprzez Moskwę, aby podporządkowali się jego rozkazom i dyscyplinie oraz przestali działać na własną rękę (Golian – przesłuchiwany przez oficerów niemieckiego wywiadu po tym jak dostał się do niewoli po upadku powstania - zeznał, że przygotowania do wybuchu były „gotowe na 70%”). W tej depeszy Golian bardzo gorzko skarżył się na partyzantów, o których pisał, że było ich około 3000 i charakteryzował ich oskarżeniem, że „często kradną i rabują”. Ale Beneš domagał się za wszelką cenę powstania i pod koniec sierpnia ponownie nawoływał do walki, jakby obawiał się, że Rosjanie naprawdę dostaną się na Morawy bez walki i bez rozlewu krwi. 21 sierpnia, kiedy Rumuni skapitulowali, Beneš telegrafował do SRN: „Patrzcie, co robią Rumuni, to jest ostatni moment, aby zmyć wszystko, co rząd Quislinga i tak zwana niepodległa Słowacja zrobiły przeciwko aliantom”. Po prośbie Goliana, by Londyn poskromił partyzantów przez Moskwę, gen. Ingr, minister obrony londyńskiego rządu czechosłowackiego, doradził współpracę z partyzantami, która miała pozwolić na długi i skuteczny opór. Ingr uzasadniał swoje stanowisko względami natury międzynarodowej, nakazującymi zamanifestowanie przed światową opinią publiczną zaangażowania czechosłowackiego w aktywną walkę z Niemcami. Jak się okazuje, chęć pokazania się przed opinią publiczną kosztem setek zabitych własnych żołnierzy, w czasie II wojny nie była tylko domeną polskich polityków i generałów… Słowacki Sztab Wojskowy nie był entuzjastycznie nastawiony do takich rad, gdyż - w przeciwieństwie do Beneša - polegał na szybkim przejściu Armii Czerwonej przez Słowację i ze wszystkich sił starali się uniknąć walki, chociaż plan Goliana zakładał, że zamach zostanie przeprowadzony także wtedy, gdy Niemcy zaczną zajmować Słowację. Była to jednak alternatywa, której racjonalnie myślący oficer sztabowy, jakim był podpułkownik Golian i jego współpracownicy, nie brali zbyt poważnie pod uwagę. W przeciwieństwie do polityków, którzy potrzebowali walki i ofiar do realizacji swoich celów politycznych, czyli zdobycia władzy. Dla siebie. Być może Veličko by nawet posłuchał argumentów Goliana, ale jego przełożeni z Kijowa mieli inne zdanie a polecenie brzmiało „Kontynuujcie działania partyzanckie, nie wszczynajcie powstania!”. I partyzanci kierowani przez Ukraiński Sztab Ruchu Partyzanckiego w Kijowie zrobili wszystko, by Niemcy w końcu wkroczyli na Słowację…

21 sierpnia 1944 roku oddziały partyzanckie, bez żadnego przeciwdziałania ze strony lokalnych oddziałów armii słowackiej, której większość oficerów zaangażowana była w spisek Goliana, zajęły Sklabiňę, gdzie ogłoszono odrodzenie Republiki Czechosłowackiej. W tej miejscowości przez kilkanaście dni, oprócz partyzanckiej kwatery głównej, znajdowała się też siedziba jednostki kontrwywiadu, która stanowiła także swoisty trybunał wojskowy. W tym czasie rozstrzelano tam około 150 osób narodowości niemieckiej. Morderstwa cywilów narodowości niemieckiej, obywateli słowackich, stanowiły nieodłączny element działalności partyzanckiej, bo skoro nie było oddziałów niemieckich, a wojsko słowackie zachowywało się tak jakby go nie było, to zabijanie bezbronnych cywilów było łatwe. Owszem, zabijanie cywilnych Niemców przez polskie oddziały partyzanckie zdarzało się dość często, ale nie da się porównać okupacyjnej rzeczywistości w Polsce z warunkami panującymi na Słowacji, gdyż były to dwa zupełnie odmienne światy! Taktyka partyzancka jednoznacznie świadczy, że Rosjanie nie dążyli do szybkiego zajęcia Słowacji, dopóki nie było tam Niemców. Spodziewali się również, że armia niemiecka zdziesiątkuje burżuazyjne siły powstańcze, osłabiając tym samym przyszłą opozycję, a w końcu Armia Czerwona wkroczy na Słowację jako wyzwoliciel, zwiększając tym samym prestiż komunistów. Miało to stworzyć warunki do przejęcia władzy przez proletariat (dokładniej mówiąc: przez właściwych przedstawicieli tego proletariatu) w powojennej Słowacji. To się nazywa długofalowe planowanie polityczne. Wprawdzie generał Jozef Turanec, mianowany 1 stycznia 1944 roku, dowódcą wojsk lądowych (historycznym paradoksem jest, że na stanowisko szefa sztabu wojsk lądowych gen Turanec mianował – wbrew opinii słowackiego Ministerstwa Obrony Narodowej – podpułkownika Jana Goliana, który pod jego nosem przygotowywał zamach stanu), robił co było w jego mocy, by podnieść spadające morale żołnierzy słowackich i przeciwdziałać panoszeniu się partyzantów w środkowej Słowacji, ale jego wysiłki były torpedowane przez spiskowców, którzy ostrzegali partyzantów przed działaniami wojsk rządowych. 23 sierpnia Turanec wydał rozkaz utworzenia oddziałów pomocniczych, które miały być do dyspozycji organów administracji publicznej do walki z partyzantami. Niemcy nawet zaoferowali mu swoje oddziały, ale Turanec, znając z frontu wschodniego ich podejście do ludności cywilnej, odrzucił ofertę, bo jak podkreślił „jeśli sami nie będziemy w stanie stawić czoła tym, to zajmą się tym obce mocarstwa i wtedy pozostanie nam tylko utracona niepodległość, hańba, ośmieszenie i prześladowanie”. Antypartyzanckie działania zakończyły się fiaskiem. Dopiero 28 sierpnia 1944 roku Jozef Turanec został – w miejsce F. Čatloša – mianowany Naczelnym Dowódcą Armii. Na tym samym spotkaniu został poinformowany, że na Słowację wkroczą wojska niemieckie, podporządkowane mu jako Naczelnemu Dowódcy, mające zwalczać partyzantów. Następnego dnia Turanec poleciał, mimo ostrzeżeń, do Bańskiej Bystrzycy, gdzie – na polecenie Goliana – został aresztowany a następnie przekazany partyzantom. Oceniając wydarzenia z perspektywy czasu, wydaje się, że jednym z największych błędów J. Tiso było trzymanie na stanowisku Naczelnego Dowódcy Armii gen. Čatloša. Tiso w momencie w którym dostrzegł, że dowództwo wojskowe nic nie robi, a nawet tuszuje działania partyzanckie, powinien zastąpić gen. Čatloša gen Turancem a gdyby to zrobił, nawet na początku sierpnia, nie musiałby prosić Niemców o rozbrojenie słowackiej armii pod koniec sierpnia.

Oprócz mordowania ludności cywilnej pochodzenia niemieckiego czy zwolenników niepodległej Słowacji (27 sierpnia w Breźnie nad Hronomem został zamordowany poseł na Sejm F. Slameň i kilku innych urzędników państwowych), partyzanci niszczyli też tory kolejowe. Podczas gdy terror był psychologicznym ciosem mającym na celu zastraszenie szerokich grup ludności, przeprowadzono akcje sabotażowe miały w celu zakłócenia niemieckiej machiny wojennej. Przez Słowację na front wschodni prowadziły dwie ważne arterie transportowe, którymi do sierpnia 1944 roku odbywał się niezakłócony transport materiałów wojennych na front. Niemieckie dowództwo wojskowe chciało utrzymać te szlaki otwarte, ponieważ spodziewany odwrót z Galicji zależał całkowicie od tych możliwości transportowych. W sierpniu 1944 roku połączenia te zostały w niektórych miejscach przerwane. Partyzanci widząc, że ich akcje nie powodują reakcji ze strony oddziałów rządowych, pozwalali sobie na coraz więcej. 27 sierpnia 1944 roku został zajęty przez żołnierzy miejscowego garnizonu wojskowego i partyzantów Rużomberk. Stał się tym samym pierwszym miastem powiatowym zajętym przez powstańców, jeszcze przed wybuchem samego powstania. Niemcy posiadali w Rużomberku fabrykę lawet armatnich, więc zajęcie tego miasta (pomijając fakt, że po zajęciu Rużomberka, partyzanci i żołnierze rozstrzelali około stu żołnierzy niemieckich i pojmali 67 członków Deutsche Partei – partia mniejszości niemieckiej na Słowacji - którzy zostali uwięzieni na noc, a następnego ranka wraz z około 20 innymi uwięzionymi cywilami z Rużomberka, oskarżonymi o współpracę z nazistami, zostali rozstrzelani) nie mogło pozostać niezauważone. Jak zeznawał w Norymberdze SS-Obergruppenführer Gottlob Berger, naczelny dowódca niemiecki na Słowacji w czasie powstania „Decydującym czynnikiem był Rużomberk. Nie cała Słowacja była ważna, tylko Rużomberk. Dlaczego? Ponieważ cała produkcja lawet z Rzeszy została przeniesiona do Rużomberku, a 962 gotowe lawety zostały zmagazynowane w Rużomberku. ... Dlatego dywizja Tatra na północy i oddział Schäfera zostały rozmieszczone, aby jak najszybciej zdobyć Rużomberk i linię kolejową do Kostoľan i jednocześnie przetransportować 60 000 dzieci ze Słowacji.”. Pomijając względy strategiczne dotyczące odblokowania linii kolejowych, dla niemieckiej interwencji duże znaczenie miało mordowanie przez partyzantów obywateli słowackich pochodzenia niemieckiego (Rzesza naprawdę dbała o swoich obywateli) oraz fakt, że na Słowacji w obozach wypoczynkowych przebywało ok. 60 tys. dzieci ze zbombardowanych niemieckich miast, a partyzanci np. w Ľubochnie wymordowali ochronę takiego obozu. Dokładnie mówiąc: gdy Niemcy (18 + kobieta-telefonistka) się poddali zostali rozstrzelani. Oczywiście, by ładniej brzmiało, strażnicy zostali, pośmiertnie, mianowani członkami SS. Swoją drogą, gdy się czyta wspomnienia uczestników powstania pochodzące z tzw. poprzedniej epoki, to każdy zastrzelony Niemiec, jeżeli nie był funkcjonariuszem Gestapo, to z pewnością musiał być członkiem SS…

W polskiej literaturze dotyczącej okresu poprzedzającego wkroczenie oddziałów niemieckich na Słowację i wybuchu powstania bardzo często jako przyczynę tych działań podaje się wymordowanie 28 sierpnia w Martinie członków niemieckiej misji dyplomatycznej wracającej z Bukaresztu kierowanej przez gen. Paula von Otto. Andrzej Olejko w książce „Dukielski sak” wydanej w 2025 roku pisze „W chwili, gdy pociąg wiozący niemiecką misję wojskową z Królestwa Rumunii do III Rzeszy 28.08.1944 r. został wysadzony w powietrze na dworcu kolejowym w Martinie, dzień później OKH rozkazało wkroczyć niemieckim dywizjom na teren satelickiego Państwa Słowackiego”. Jako, że celem tego artykułu jest pisanie o faktach, sądzę, że warto przytoczyć ustalenia dokonane przez słowackiego historyka Jozefa Považsky'ego zamieszczone w wydanej w 1996 roku książce „Koniec legendy o misii generala Paula von Otta”. „Misja generała Otto” nie była misją, lecz grupą wojskową powracającą z Rumunii do Niemiec przez terytorium Słowacji pociągiem ekspresowym R17 Bukareszt-Berlin. Co więcej, nie dowodził nią żaden generał, lecz podpułkownik Walter Otto. Grupie (24 osoby) towarzyszyły żona podpułkownika Otto z dwoma córkami w wieku 8 i 14 lat oraz jeszcze jedna kobieta i dwóch mężczyzn w cywilnych ubraniach. 27 sierpnia 1944 roku pociąg został zatrzymany na stacji Martin pod pretekstem uszkodzonych torów. Podpułkownik Otto poprosił o połączenie z ambasadą Niemiec w Bratysławie, ale linia telefoniczna została wcześniej uszkodzona. Kiedy Otto nie mógł skontaktować się z Bratysławą, poprosił o połączenie z dowódcą najbliższego garnizonu wojskowego. Republika Słowacka była nadal sojusznikiem Niemiec, więc Otto prosił dowódcę garnizonu Martin, ppłk. Emila Perko, o przyjęcie jego grupy do czasu, aż pociąg będzie gotowy do dalszej podróży. Niemiec nie miał pojęcia, że ​​rozmawia właśnie z dowódcą puczystów w rejonie Turcy. Podpułkownik Perko niedawno obiecał podpułkownikowi Golianowi, że garnizon wojskowy w Turcu zachowa się w taki sposób, aby nie dać Niemcom powodu do militarnej okupacji kraju, tak aby powstanie mogło zostać zorganizowane według korzystniejszego „planu A” – z udziałem Armii Czerwonej. Taką samą obietnicę Golian otrzymał od dowódcy 1. Czechosłowackiej Brygady Partyzanckiej Piotra Velički. Perko próbował pozbyć się niemieckiego oficera i jego grupy ale pod koniec rozmowy telefonicznej został poinformowany przez kolejarzy o przybyciu na stację partyzantów, których celem było rozbrojenie i schwytanie Niemców. Takie działanie mogłoby zostać uznane przez Rzeszę Niemiecką za wystarczający powód do okupacji kraju, więc podpułkownik Perko natychmiast wysłał porucznika Cyrila Kuchtę z kilkoma żołnierzami na dworzec kolejowy. Miał on tylko jedno zadanie – zapobiec zatrzymaniu niemieckiej grupy na dworcu i, w idealnym przypadku, skierować ich pociąg w stronę Rzeszy. Porucznik Kuchta miał bardzo dobre relacje z partyzantami (przekazywał im broń) i udało mu się przekonać partyzantów, aby nie rozbrajali grupy na dworcu kolejowym. Ostatecznie grupa Waltera Otto została doprowadzona do koszar w Martinie, gdzie została zakwaterowana na noc pod pretekstem, że rano pociąg ekspresowy zostanie wysłany nową trasą do Rzeszy. W rzeczywistości chodziło tylko o zyskanie czasu na opracowanie bezpiecznego planu rozbrojenia grupy, a następnie przekazania jej partyzantom. Pomimo zastrzeżeń podpułkownika Perko, postanowiono, że niemiecka grupa zostanie rozbrojona następnego ranka, a następnie partyzanci przybędą do koszar i zatrzymają Niemców w sposób, który będzie wyglądał na zasadzkę. Miało to zamaskować udział armii w przygotowaniach do powstania. Schwytani Niemcy mieli być eskortowani przez partyzantów do Kijowa na przesłuchanie, co należy między bajki włożyć, bo niby jaką drogą (lądową? lotniczą?) miano by tę grupę przewieźć do Kijowa? Jakie wiadomości, ważne dla radzieckiego wywiadu, mogła posiadać 8-letnia dziewczynka? Należy przyjąć, że cały problem nie polegał na rozbrojeniu tej grupy, tylko na tym, gdzie zostanie zlikwidowana i przez kogo: podpułkownik Perko, chciał, aby zrobili to partyzanci poza koszarami, a dowódca oddziału partyzanckiego Piotr Veličko chciał, by zrobili to żołnierze słowaccy na terenie koszar i dlatego wydał taki rozkaz porucznikowi armii słowackiej Cyrylowi Kuchcie w obecności jego przełożonego podpułkownika E. Perko. I porucznik C. Kuchta, ten rozkaz wykonał wychodząc widocznie z założenia, że bardziej mu się opłaci słuchanie poleceń wydawanych przez przywódcę partyzantów niż swego dowódcę. 28 sierpnia 1944 roku, około godziny 7 rano, gdy Niemcy przygotowywali się do odejścia, na dziedzińcu koszar czekali już na nich – pod pretekstem ćwiczeń z obsługi karabinów maszynowych - żołnierze słowaccy, których zmobilizował por. Kuchta. Na okrzyk Kuchty „ręce do góry”, część Niemców podniosła ręce, a jeden z nich sięgnął po broń. Żołnierze otworzyli ogień z karabinów maszynowych i po kilku sekundach wszyscy Niemcy już leżeli na ziemi. Porucznik Kuchta uniknął rozstrzelania razem z Niemcami tylko dlatego, że rzucił się na ziemię zaraz po rozpoczęciu strzelaniny. Według relacji naocznych świadków, na miejscu zginęło ok. dwudziestu Niemców, w tym jedna kobieta. Druga kobieta i dwoje dzieci odniosły jedynie lekkie obrażenia. Im i pozostałym rannym Niemcom udzielono pierwszej pomocy w ambulatorium wojskowym, a następnie przewieziono do szpitala. Kobieta i dzieci miały zostać wysłane do Niemiec po leczeniu. Wszyscy jednak zostali rozstrzelani przez partyzantów i do dziś nie wiadomo, dlaczego i na czyj rozkaz. Rozstrzelanie i późniejsza egzekucja pozostałych Niemców wywołały sprzeczne reakcje wśród mieszkańców Sklabiňy, którzy obawiali się niemieckich represji. Po zajęciu Turca przez oddziały niemieckie, Niemcy odkryli masowy grób, gdzie pochowano grupę. Za każdego członka grupy Otto życiem zapłaciło dwóch Słowaków, a ponieważ grupa liczyła 24 członków, Niemcy rozstrzelali 48 słowackich cywilów. Bezpośredni sprawcy masakry grupy Waltera Otto już zdążyli uciec, a później mogli pisać wspomnienia o swojej bohaterskiej walce… Oczywiście, gdyby ktoś chciał poznać inną wersję wydarzenia, przedstawiam opis zamieszczony w „Rzeczpospolitej” nr 279 (1845) z 11 października 1949 roku, gdzie w artykule „Wielkie dni bojów o Przełęcz Dukielską” napisano: „/…/ Tymczasem w 3 tygodnie po konferencji w Moskwie, gdzie ustalono najdokładniej koordynację akcji czechosłowacko-radzieckiej i moment powstania – wypadki przybrały nieoczekiwany obrót. 28 sierpnia, gdy Gestapo i policja Tisy w Turczańskim Świętym Młynie pociąg z dygnitarzami hitlerowskimi uciekającymi z Rumunii, rewizja wykryła broń i amunicję, przewożoną dla podziemnej organizacji słowackiej. Wywiązała się poważna strzelanina. Kilku uciekinierów z Rumunii, nota bene sztabowców, zostało zabitych. Po tym wydarzeniu niemieckie oddziały wkroczyły na teren Słowacji, a wtedy - dowództwo podziemnej armii musiało dać sygnał do walki zbrojnej. /…/”. Aż dziw bierze, że niektórzy polscy historycy nie przedstawiają takiej wersji wydarzenia…

Jak już wspomniano wyżej, podstawowym powodem do niemieckiej interwencji na Słowacji było zajęcie Rużomberka oraz obawy Karla Hermanna Franka, Wyższego Dowódca SS i Policji w Protektoracie Czech i Moraw, że działania partyzanckie mogą się przenieść na teren Protektoratu. O propozycji przemieszczenia wojsk niemieckich na terytorium Słowacji, prezydenta Tiso poinformował ambasador Niemiec w Bratysławie Hans Ludin, który zaproponował ponadto demobilizację niektórych niepewnych słowackich jednostek wojskowych. Słowacki rząd zakładał, że wdrożenie niezbędnych środków przeciwko partyzantom będą realizowane przez armię słowacką we współpracy z wojskiem niemieckim, zgodnie ze specjalnym porozumieniem międzypaństwowym słowacko-niemieckim. Wojska niemieckie, które przybyłyby na Słowację, zostałyby więc podporządkowane dowództwu Naczelnego Wodza Armii Słowackiej i przebywały tu przez czasu, który Naczelny Dowódca Armii Słowackiej uzna go za wskazany. Oddziały niemieckie miały być rozmieszczone w różnych miejscach ważnych dla produkcji i transportu wojennego.

29 sierpnia był zatem dniem, gdy trzeba było oficjalnie ogłosić słowackiej opinii publicznej, co było już wszystkim nieoficjalnie znane, tj. że państwo słowackie nie może już sobie pozwolić na bezkarne wyczyny partyzantów i że trzeba będzie odpowiedzieć na ich działania w zrozumiałym dla nich języku. Bolesną stroną tego komunikatu było przyznanie, że te interwencje muszą być przeprowadzane przez Niemców dla Słowaków i w słowackim interesie. Ponieważ była to przede wszystkim interwencja zbrojna, a armia słowacka w obliczu zagrożenia ze strony wroga dowiodła jedynie głębokości swojej wewnętrznej demoralizacji, tę historyczną decyzję ogłosił narodowi minister obrony narodowej gen. Ferdinand Čatloš. W rzeczywistości Čatloš przeczytał tylko przemówienie, którego nie był autorem. Jednak okoliczności, w jakich przemówienie zostało wygłoszone, i konsekwencje, jakie miało dla rozwoju innych wydarzeń, czynią z niego ważne historyczne wydarzenie o którym należy wspomnieć. Przemówienie Čatloša skierowane było do oficerów i żołnierzy armii słowackiej oraz obywateli państwa słowackiego. Oznajmił w nim, że partyzanci, którzy zostali zrzuceni na Słowację przez wroga, zakłócają pokojowe budowanie państwa słowackiego, napadają i rabują Słowaków z ich własności narodowej oraz w haniebny sposób zabijają i mordują bezbronnych ludzi. Ponieważ Słowacy nie są w stanie samodzielnie przezwyciężyć tej „piekielnej wściekłości”, na Słowację napływają jednostki armii niemieckiej. Każdy porządny słowacki żołnierz, każdy odważny słowacki obywatel wesprze ich i pomoże niemieckim żołnierzom, którzy przyjeżdżają na Słowację jako przyjaciele Słowaków. Z pomocą armii niemieckiej Słowakom uda się odeprzeć ten podstępny atak wroga i przywrócić porządek i pokój na całej Słowacji, tak jak to miało miejsce wcześniej. Čatloš wygłosił przemówienie, a następnie uciekł na stronę powstańców, gdzie został zatrzymany, przekazany partyzantom i wywieziony do ZSRR.

O wkroczeniu oddziałów niemieckich na teren Słowacji przywódcy puczystów dowiedzieli się ok. godz. 15-tej 29 sierpnia 1944 roku. Mimo tego, że jeden wariant planu zamachu zakładał akcję zbrojną w momencie wkroczenia Niemców, przywódcy puczu postanowili poczekać na radiowe przemówienie Čatloša, gdyż zakładali, iż rząd słowacki wyda rozkaz zbrojnego oporu. Hasło do przeprowadzenia puczu „Rozpocznijcie wypędzanie” zostało wydane dopiero po przemówieniu Čatloša.  W każdym garnizonie znajdowało się kilku oficerów wtajemniczonych w przygotowania, którzy mieli przejąć władzę i utrzymać porządek. Rezultat był jednak daleko niezadowalający, bo znakomita większość słowackich garnizonów stając przed wyborem, czy poprzeć rebeliantów czy posłuchać głosu ministra obrony narodowej, posłuchała głosu ministra i nie przystąpiła do powstania. Prawdopodobnie zamach stanu skończyłby się niczym, gdyby nie pijany major Mirko Vessel, który postanowił znaleźć osobę, która w radiu ogłosi narodowi słowackiemu wybuch powstania. Problem polegał jednak na tym, że w Bańskiej Bystrzycy nie było żadnego przedstawiciela SRN, która mogłaby poinformować o wybuchu „spontanicznego” powstania. Apel w którym znalazły się m.in. takie sformułowania „/…/ Zdradziecki rząd Bratysławy… chciałby zmusić słowackiego żołnierza do walki z naszymi i rosyjskimi spadochroniarzami i partyzantami, którzy przybyli na Słowację, aby pomóc nam bronić naszej ojczyzny przed germańskimi gwałcicielami, mordercami i bandytami. Nie zrobimy tego, wręcz przeciwnie, podniesiemy przeciwko nim broń. Wzywamy naród do tej walki…” został opublikowany w imieniu samozwańczego Rewolucyjnego Słowackiego Komitetu Narodowego na którego czele stał Vavro Šrobár, w bystrzyckim radiu o godzinie 11-tej 30 sierpnia 1944 roku. W końcu w Londynie mogli odetchnąć z ulgą, bo mieli swoje wymarzone powstanie… Proklamacja Šrobára postawiła Goliána przed faktem dokonanym. I chcąc nie chcąc wydał rozkaz nr 29.154/1944 z 30 sierpnia, w którym „w imieniu dowódcy armii słowackiej na Słowacji, będącej częścią czechosłowackich sił obronnych, gen. Viesta” zwraca się do wojska, rezerwistów, żandarmerii, policji i straży granicznej, wzywając ich „do walki z Niemcami”. Wkrótce opanowana przez zamachowców rozgłośnia w Bańskiej Bystrzycy zaczęła nadawać komunikaty o wkroczeniu na Słowację oddziałów węgierskich czy o zamordowaniu przez Niemców prezydenta Słowacji Jozefa Tiso, licząc, że takie informację skłonią wahających się żołnierzy słowackich do walki. Wszystko w zgodzie ze znanym powiedzeniem, że w miłości i na wojnie wszystkie chwyty są dozwolone… Warto może dodać, że wysłani przez Słowacką Radę Narodową i Słowacki Sztab Wojskowy kurierzy wysłani do Rosjan wrócili dopiero 4 września. Ferjenčík wrócił z pustymi rękami, ale – reprezentujący komunistów – Karol Šmidke przywiózł instrukcje, które przekazał mu K. Gottwald i inni członkowie kierownictwa partii komunistycznej rezydujący w Moskwie.

Zapewne całkowitym zaskoczeniem dla spiskowców było wieczorne radiowe wystąpienie prezydenta Słowacji J. Tiso, po którym liczba słowackich żołnierzy, którzy uznali, że najlepszym rozwiązaniem jest pójście do domu i przeczekanie, gwałtownie wzrosła (w czasie procesu J. Tiso oskarżyciel twierdził, że przemówienie miało wartość 4 dywizji). Zwłaszcza, że Tiso obiecał ułaskawienie dla tych, którzy przystąpili do powstania zwabieni oszustwem. W polskiej literaturze podkreśla się niejednokrotnie, że armia powstańcza w połowie października, gdy już powstanie trwało, liczyła ok. 50 tys. żołnierzy. Zapewne przez przeoczenie zapomina się dodać, że armia słowacka w momencie wybuchu powstania liczyła ok. 90 tys. żołnierzy a do powstania przyłączyło się 18 tys. z nich. Pozostali pozwolili bez wystrzału rozbroić się Niemcom, rozeszli do domów uznając, że to nie ich wojna albo pozostali wierni rządowi wstępując do Gwardii Krajowej (tak np. zrobili żołnierze garnizonu w Nitrze dowodzonym przez podpułkownika Jana Šmigovský'ego). Nie wspomina się też, że rebelianci rozstrzeliwali żołnierzy, którzy nie chcieli brać udziału w puczu czy też oficerów wiernych rządowi słowackiemu (np. w Ľubietovej zostało przez rebeliantów zastrzelonych 6 oficerów armii słowackiej, którzy zachowali wierność rządowi słowackiemu)… Wzrost liczebności sił powstańczych wynikał z dwukrotnie przeprowadzonej mobilizacji na terenach zajętych przez rebeliantów, gdzie w drugim przypadku za uchylanie się od służby wojskowej groziła kara śmierci co też dyskretnie pomija się milczeniem. Faktem jednak jest, że w krótkim czasie środkowa Słowacja została zajęta przez siły powstańcze a naczelne dowództwo powstania ulokowało się w Bańskiej Bystrzycy. Przeciwko powstańcom zostały rzucone jednostki niemieckie i jednostki słowackie, wierne rządowi J. Tiso. Niektórzy polscy historycy piszą, że Niemcy do tłumienia powstania użyli aż 8 dywizji zapominając podać informację o liczebności tych jednostek. W 1944 roku – co warto wiedzieć – zarówno w Wehrmachcie, jak i Waffen SS używano powiedzenia „Schatttendivision”, jako określenia na to co kiedyś było dywizją a teraz jest jej cieniem. Przez cały okres walk, powstańcy mieli przewagę liczebną nad siłami niemieckimi. Problemem powstańców było jednak to, że po ich stronie brały udział dwie oddzielne siły zbrojne, które nie koordynowały swoich działań. Wystarczy może napisać, że partyzanci, których siły ocenia się na 18 tys. ludzi nigdy nie podporządkowali się Golianowi i w dalszym ciągu słuchali rozkazów Ukraińskiego Sztabu Partyzanckiego. Niemcy zatem spokojnie i systematycznie mogli zajmować kolejne tereny w czym pomagała im Gwardia Krajowa, bo taką nazwę nosiła zreorganizowana armia wierna rządowi słowackiemu. O tym, że w słowackim powstaniu po obu stronach walczyli Słowacy, bo była to wojna domowa jakoś się zbyt głośno nie mówi… Podobnie jak nie mówi się o zamordowaniu przez powstańców ok. 2500 cywilnych Niemców, obywateli Słowacji, o zabijaniu cywilów słowackich, działaczy partii ks. Tiso czy księży… A potem Niemcy stłumili powstanie i przeprowadzali akcję represyjną. I co ciekawe, że nawet historycy słowaccy, na których postać Tiso, działa niczym przysłowiowa płachta na byka, są zmuszeni przyznać, że skala tych represji była ograniczona, co było zasługą właśnie Józefa Tiso.

Jeżeli wystąpienie prezydenta Słowacji było zaskoczeniem, to szokiem dla wojskowych organizatorów puczu było radiowe wystąpienie gen. Augustina Malara, dowódcy tzw. Armii Wschodniosłowackiej, zwłaszcza, że 16 sierpnia 1944 r. Malár z udziałem pułkownika Viliama Talský'ego, omówili ze Słowacką Radą Narodową ostatnie szczegóły przejścia dwóch wschodniosłowackich dywizji na stronę Rosjan, gdy tylko Rosjanie ruszą do akcji. Jego słowa były skierowane głównie do żołnierzy, którzy zostali podstępem zwabieni do udziału w puczu. W swoim przemówieniu Malár ujawnił swoje stanowisko i dosłownie zszokował wszystkich sympatyków ruchu oporu: „ Stójcie! Zawracajcie! Maszerujcie do garnizonów macierzystych, do swoich jednostek! Wszystko jest zbyt pochopne, nieprzemyślane i może doprowadzić naszą piękną, dotąd mało dotkniętą wojenną dewastacją, kochaną Słowację tam, gdzie jej nie chcemy, czyli do wojennego szału ”. W dalszej części przemówienia definitywnie podważył resztki zaufania, jakie wciąż żywił do jego osoby po stronie niemieckiej, a jednocześnie przypieczętował swój los: „ Dlaczego nie poczekać, aż sprawy same dojrzeją, a potem, zgodnie z okolicznościami, działać razem? Tak głosi zdrowy instynkt samozachowawczy małego narodu ”. Później gen. Malár poleciał samolotem do Preszowa, po wylądowaniu został zatrzymany przez Niemców i jego rola w powstaniu słowackim się zakończyła.

Według polskich, i nie tylko polskich historyków, o militarnym losie powstania przesądziło rozbrojenie przez Niemców oddziałów Armii Wschodniosłowackiej przez co powstanie od początku objęło niewielki obszar środkowej Słowacji i narzuciło powstańcom tzw. wariant obronny. Z losem tej Armii ściśle jest związana decyzja pułkownika Viliama Talsky'ego, zastępcy dowódcy, który w nocy z 30 na 31 sierpnia 1944 roku poleciał na stronę rosyjską, by spotkać się z dowódcą 1 Frontu Ukraińskiego Iwanem Koniewem celem uzgodnienia działań operacyjnych. Pułkownik V. Talsky uważał pełną współpracę z Armią Czerwoną za główny warunek sukcesu przyszłego powstania. Jego założenie były słuszne, ale konieczne było nawiązanie ze sztabem 1 Frontu Ukraińskiego, które oddziały znajdowały się najbliżej granic Słowacji, współpracy na poziomie operacyjnym. Talsky naciskał, zarówno na podpułkownika Goliana, jak i na generała Malara, by wysłać przedstawicieli celem uzyskania współpracy operacyjnej. Jednak Golian, jak i Malar odrzucili jego propozycję. Informację o puczu Talsky otrzymał rano 30 sierpnia. Nie został ogłoszony stan podwyższonej gotowości jednostek. Pomimo hasła powstania, oficerowie lojalni wobec rządu Tiso nie zostali internowani, bo wprawdzie opracowano wytyczne dotyczące postępowania po otrzymaniu hasła, ale nikt ich nie przestrzegał. Zresztą nie było żadnego połączenia między sztabem Goliana w Bańskiej Bystrzycy a sztabem w Preszowie, które umożliwiałoby niezbędną komunikację, co pod znakiem zapytania stawia tezę o znaczeniu Armii Wchodniosłowackiej dla powstania. Warto może zauważyć, że podpułkownik Golian, szef Słowackiego Sztabu Wojskowego nigdy osobiście nie rozmawiał z gen. Malárem o przygotowaniu powstania…

Jako, że dowódca Armii Wschodniosłowackiej gen A. Malar był nieobecny, Talsky zwołał naradę na której byli obecni przedstawiciele 1 dywizji, gdyż dowódca 2 dywizji pułkownik Tatarko poinformował, że słucha wyłącznie rozkazów gen. Malara i na spotkanie nie przybył. Ustalono, że do sztabu 1 Frontu Ukraińskiego poleci major E. Polk, aby zapewnić pomoc Armii Czerwonej poprzez atak w stronę Przełęczy Dukielskiej. Realnie oceniając stan jednostek Armii Wschodniosłowackiej uznano, że w ciągu 2 dni (do 2 września) oddziały zostaną przegrupowane i będą gotowe do działań na kierunku Dukla – Krosno (1 dywizja) i Czeremcha – Rymanów (2 dywizja). W przypadku, gdyby Armia Czerwona nie rozpoczęła ofensywy w najkrótszym możliwym czasie, planowano działania obronne na miejscu a w ostateczności przedarcie się do środkowej Słowacji. Plan nie zakładał interwencji niemieckiej i zakładał, że Rosjanie są gotowi do akcji natychmiast. I to były jego minusy. Radiowe przemówienie gen. Malára, w którym nakazał swoim oficerom w Preszowie, aby nic nie robili do jego powrotu wszystkie ustalenia uczyniło nieaktualnymi. Postawmy się na chwilę w roli pułkownika Taklsky'ego… Dowódca Armii, niezwykle popularny wśród żołnierzy i oficerów, apeluje, by żołnierze zostali w koszarach przez co eliminuje się z kandydowania na stanowisko dowódcy powstania; oficerowie nie słuchają rozkazów Talsky'ego; major Polk, który miał odlecieć do Koniewa czeka na instrukcję od partyzantów a piloci, którzy postanowili przelecieć na stronę rosyjską (27 samolotów, czyli cała grupa lotnicza mająca wspierać Armię Wschodniosłowacką) nie chcą czekać, bo boją się niemieckich myśliwców. Talsky podejmuje zatem decyzję, że poleci na stronę rosyjską, by spotkać się ze sztabem Koniewa celem uzgodnienia szczegółów współpracy operacyjnej między Armią Czerwoną a Armią Wschodniosłowacką. Zakłada, że wróci w ciągu 48 godzin a na ten okres dowództwo przekazuje pułkownikowi Josefowi Husárovi. Ta decyzja kosztowała go wyrok 15 lat więzienia w którym zmarł w 1953 roku…   We Lwowie został przyjęty przez komendanta miasta, generała Smirnowa, którego poprosił o poinformowanie marszałka Koniewa o wydarzeniach we wschodniej Słowacji. Talsky dotarł do Koniewa 1 września 1944 roku. Ten wysłuchał propozycji Talsky'ego dotyczących wspólnych działań w rejonie Przełęczy Łupkowskiej i Dukielskiej. Odpowiedział, że musi poznać stanowisko Moskwy, co może zająć od dwóch do trzech dni. Talsky poprosił Koniewa o wysłanie oficerów łącznikowych do dywizji wschodniosłowackich i jak najszybsze przetransportowanie go na Słowację. Próbował nawiązać łączność radiową z Preszowem ale odpowiedzią była złowieszcza cisza. Dwa dni później, czyli 3 września, Koniew poinformował Talsky'ego o sytuacji we wschodniej Słowacji, co pozwala przyjąć tezę, że Rosjanie, wbrew opiniom niektórych historyków, doskonale wiedzieli, co się dzieje na Słowacji, która dla ich służb wywiadowczych nie była jednak „białą plamą” a wszystkim grupom rozpoznawczym, które Rosjanie wysyłali na Słowację na masową skalę, nie wyczerpały się nagle baterie do radiostacji… Nawet, gdyby przyjąć te karkołomne tezy za prawdziwe, to należy pamiętać, że o rozbrojeniu Armii Wchodniosłowackiej Rosjanie byli też informowani przez przedstawicieli rządu Beneša w Moskwie…

W mitologii powstańczej, gdy szukano usprawiedliwienia dla upadku powstania, wykreowano 2 dywizje piechoty stanowiące rdzeń Armii Wschodniosłowackiej na jednostki niemalże elitarne, od których postawy zależały losy powstania. Cóż… Zgodnie ze znanym powiedzeniem, jeżeli fakty się nie zgadzają to tym gorzej dla faktów. Fakty są zaś takie, że obie te dywizje miały po około 50% stanów etatowych, czyli de facto były na stopie pokojowej, zajmując się od wiosny 1944 roku budową umocnień. Niewiele lepiej przedstawiała się sytuacja ze środkami transportu, zarówno końmi, jak i samochodami, wyposażeniem w broń przeciwpancerną czy zapasami amunicji, które starczały na krótką walkę. Jeszcze gorzej przedstawiało się morale żołnierzy, którzy z Rosjanami nie chcieli walczyć, a z Niemcami bali się walczyć, zdając sobie sprawę z przewagi technicznej jednostek niemieckich. Większość żołnierzy chciała cało i zdrowo powrócić do domu. Przypomnieć należy, że według planu Čatloša, Rosjanie ofensywę w kierunku przełęczy karpackich mieli zacząć w połowie stycznia, więc było jeszcze sporo czasu na przygotowania.

Niemcy, przewidująco, przygotowania do rozbrojenia tych dywizji rozpoczęli natychmiast po wydarzeniach w Rumunii. Za rozbrojenie 1 dywizji odpowiadała grupa bojowa Mathias a za rozbrojenie 2 dywizji grupa bojowa gen. Ernsta von Bauera. Rozkaz o rozbrojeniu tych dywizji został wydany 31 sierpnia o godz. 13.08. Cała operacja została przeprowadzona bardzo sprawnie i bez wystrzału. Ok. 17 tys. żołnierzy słowackich zostało internowanych. Podpułkownik Vogl zebrał wokół siebie grupę ok. 2 tys. żołnierzy z którymi zamierzał przedrzeć się do powstańców w środkowej Słowacji, ale po kilku dniach z całej grupy zostało ok. 150 osób, bo reszta rozeszła się do domu (niektórzy historycy piszą, że zostało tylko 60…). Niemcy na tereny, które zgodnie z porozumieniem zawartym między F. Čatlošem a W. Keitlem (szefem OKW), miały bronić oddziały słowackie, wprowadzili własne jednostki, które zajęły stanowiska opuszczone przez Słowaków.

W polskiej publicystyce historycznej podaje się przeróżne wyjaśnienia, dlaczego Rosjanie zdecydowali się na operację w stronę Słowacji m.in. przez Przełęcz Dukielską i przyczyny dla których Operacja Dukielsko-Preszowska zakończyła się porażką. Podstawowym wyjaśnieniem jest: bo chcieli pomóc powstańcom a o przyczynach zdecydowały: mało czasu na przygotowania, rozbrojenie Armii Wschodniosłowackiej, warunki klimatyczne i teren. Oczywiście, nie udziela się odpowiedzi, dlaczego chcieli pomóc. Chcieli pomóc i kropka! Czasami podaje się, że chcieli pomóc, bo w 1943 r. podpisali z rządem Beneša traktat, ale pomija się to, że rząd Beneša nie zwrócił się oficjalnie do ZSRR o militarną pomoc dla powstańców, a jego przedstawiciele protestowali przeciwko takim sugestiom. O pomoc zwrócił się ambasador Fierlinger działając wbrew instrukcjom rządu Beneša.

Warto przypomnieć, że plan, a nawet dwa plany (Čatloša i Goliana) dotyczące współpracy z Armią Czerwoną Rosjanie otrzymali na początku sierpnia, gdy kurierzy wiozący te dokumenty dotarli na stronę rosyjską. Rosjanie mieli zatem wystarczająco dużo czasu, by przygotować założenia operacji, a nawet poinformować albo Čatloša albo Goliana, że ich plan został zaakceptowany i wysłać oficerów łącznikowych celem nawiązania współpracy. Rosjanie tego nie zrobili, a – gdy już Armia Wschodniosłowacka została rozbrojona – postanowili ten plan wdrożyć w życie. Trudno zatem mówić o jakimś zaskoczeniu, które jednak jest bardzo dobrym wytłumaczeniem do tego, że Operacja Dukielsko-Preszowska zakończyła się klęską. Pozostaną wspomnienia i opowieści o tej operacji jako przykładzie pomocy dla powstańców słowackich, co kosztowało życie kilkunastu tysięcy żołnierzy, którzy polegli. Gdyby tylko martwi mogli pomóc, byłaby to naprawdę wzruszająca pomoc…

Iwan Koniew, dowódca I Frontu Ukraińskiego, na którego obszarze operacyjnym znajdowały się Karpaty, nie miał zamiaru atakować przez to pasmo górskie, bo w rosyjskiej pamięci pozostały jeszcze ogromne straty poniesione przez armię rosyjską podczas forsowania tego pasma górskiego w 1914 roku. W 1944 roku sytuacja była jeszcze bardziej niekorzystna, bo wojska radzieckie nie miały doświadczenia w walce w terenie górzystym, który jest prawie całkowicie nieprzejezdny dla czołgów i ciężkiej broni. Gdy zatem, wraz z upadkiem Rumunii, Armia Czerwona dotarła niemal na skraj Niziny Węgierskiej, dowództwo rosyjskie planowało ominąć Słowację, maszerując przez Nizinę Polską na północy (przez Kraków do Ostrawy) i przez Nizinę Węgierską na południu (przez Miszkolc do Budapesztu i Wiednia). Być może, to były te przyczyny militarne dla których Rosjanie odrzucili plany słowackie zakładające otwarcie przełęczy karpackich. Tym trudniej więc zrozumieć, że kilka dni po tym, jak zostały rozbrojone oddziały Armii Wchodniosłowackiej, Rosjanie rozpoczynają ofensywę, której celem jest dokładnie to, co Čatloš i Golian proponowali od miesiąca… Oczywiście, do czasu pełnego otwarcia rosyjskich archiwów, historycy będą mieć tylko fragmentaryczne informacje dotyczące kształtowania się stanowiska Rosjan, które jednak warto przedstawić. Początkowo Rosjanie byli przekonani, że słowackie powstanie jest tylko akcją „burżuazyjno-liberalną” inspirowaną przez rząd Beneša, gdzie najmądrzejszym dla interesów rosyjskich było patrzeć z drugiej strony wzgórz, jak powstańcy walczą z Niemcami (podobnie jak Rosjanie patrzyli, gdy na drugim brzegu Wisły Niemcy likwidowali Powstanie Warszawskie). Powstanie miało jednak wiele nieoczekiwanych zwrotów akcji a pod wpływem propagandy słowackiej, niemieckiej i rosyjskiej słowa „powstaniec” czy „partyzant” stały się synonimem słowa „komunistyczny”. Ci, którzy przystępowali do powstania, a także ci, którzy byli w nie mniej lub bardziej zaangażowani, uważali, że mogą być tylko komunistami i wyrażali to na zewnątrz. Warto pewnie wiedzieć, że Karol Šmidke, który jako jeden z kurierów został 6 sierpnia 1944 roku dowieziony do Moskwy, miał przy sobie raport sporządzony przez działaczy Komunistycznej Partii Słowacji w którym m.in. napisano „/…/ Chcemy zostać częścią ZSRR. Wszystko inne jest tylko spekulacją […]. Gdyby dzisiaj istniała możliwość przeprowadzenia referendum decydującego o tym, do którego państwa Słowacy chcieliby się przyłączyć, to okazałoby się, że 70% z nich opowiedziałoby się do ZSRR, a 20% za nową Republiką Czecho-Słowacką, cała reszta jest zastraszona i nie może podjąć żadnej decyzji. /…/”. Początkowo zapał komunistyczny był taki silny, że całkowicie zdezorientował komisarzy i emisariuszy Moskwy, którzy poinformowali centralę, że przy odrobinie pomocy, komuniści zdobędą władzę tu i teraz. Pod wpływem tych doniesień, K. Gottwald przedyskutował tę kwestię z G. Dymitrowem, który z ramienia Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego utrzymywał kontakty z innymi partiami komunistycznymi, a następnie wspólnie przedstawili ją J. Stalinowi. Nikt nie wie, co zostało powiedziane na tym spotkaniu, ale 3 września 1944 roku J. Stalin wydał rozkazy I. Koniewowi, dowódcy 1 Frontu Ukraińskiego, aby jak najszybciej ruszył przez Karpaty i połączył się ze słowackimi powstańcami. Jak kiedyś napisał znany wojskowy teoretyk Karl von Clausewitz „wojna jest jedynie kontynuacją polityki innymi środkami”…

3 września 1944 roku Iwan Koniew przesłał do Stawki (naczelne dowództwo) plan operacji, który zakładał, że operacja zostanie przeprowadzona przez 38 Armię dowodzoną przez K. Moskalenkę. Mimo tego, że Rosjanie wiedzieli już, że Armia Wschodniosłowacka została rozbrojona, w planie operacji znalazł się punkt mówiący o tym, że w „trzecim dniu” 1 i 2 dywizja słowacka ruszą naprzeciw atakujących jednostek 38 Armii (A. Greczko „Przez Karpaty”). Jako, że Operacja Dukielsko-Preszowska rozpoczęła się 8 września to akcja dywizji Armii Wschodniosłowackiej powinna się rozpocząć 11 września… Plan został zatwierdzony 4 a rozpoczęcie operacji zaplanowano na 8 września. Gen. Moskalenko, dowódca 38 Armii, zaplanował przełamanie linii niemieckiej obrony w następujący sposób: 52 korpus (304, 305 i 340 dywizja) w pierwszym dniu operacji miał zająć Jasło i osiągnąć linię Sieklówka Górna – Jasło – Łężyny; 101 korpus (70 dywizja gwardii i 183 oraz 211 dywizja) na koniec pierwszego dnia miał osiągnąć linię Toki – Równe; 67 korpus (241, 14 i 121 dywizja) miał zająć Krosno i osiągnąć linię Wietrzno – Iwonicz – Rymanów. Drugi rzut 38 Armii, czyli 1 Czechosłowacki Korpus Armijny, miał kontynuować marsz za prawym skrzydłem 67 korpusu w kierunku Krosno-Dukla a po wyjściu w przestrzeń operacyjną 101 korpusu, miał atakować z linii Iwla – Jasionka w kierunku Tylawy i na koniec drugiego dnia osiągnąć linię Tylawa – Wilsznia. 1 Korpus Kawalerii Gwardii gen. Baranowa miał skoncentrować się w rejonie Długie – Chorkówka i w drugim dniu operacji atakować z linii Nowy Żmigród – Głojsce w kierunku na Krempną i Bardejov. 25 Korpus Pancerny gen. F. Anikuszkina miał skoncentrować się w rejonie Machnówka – Bóbrka – las na południe od Zręcina – Chorkówka a drugiego dnia miał atakować z linii Iwla – Dukla w kierunku Ladomirova – Prešov, który miał zająć 4 dnia operacji. Zakładano bardzo wysokie tempo natarcia – 18 km dla dywizji piechoty i 25 kilometrów dla jednostek pancernych dziennie, które radzieccy sztabowcy uznali za realne. W przybliżeniu 38 Armia liczyła sobie ok. 97 tys. ludzi, ok. 1700 dział i moździerzy i ok. 110 czołgów i dział samobieżnych (jako ciekawostkę można podać, że 1 Czechosłowacka Brygada Pancerna miała 11 czołgów T-34, 3 czołgi T-70 i 2 działa samobieżne SU-85; pełny stan etatowy, czyli 52 czołgi T-34/85, 12 czołgów T-34/76, 1 czołg T-70 i 2 działa samobieżne SU-85 osiągnęła w lutym 1945 roku). Jak widać z tego zestawienia, zarówno 1 Korpus Czechosłowacki, jak 1 Korpus Kawalerii Gwardii i 25 Korpus Pancerny znalazły się w drugim rzucie 38 Armii a ich rola miała zacząć się w drugim dniu. Warto też zauważyć, że ponieważ 25 Korpus Pancerny miał być użyty do walki w drugim dniu operacji, to w pierwszym dniu atakującą piechotę wspierały tylko 22 czołgi i działa samobieżne. 38 Armia zamierzała atakować na odcinku 68 kilometrów, ale główny obszar przełamania liczył 8 kilometrów na którym skoncentrowano 6 dywizji. Siły niemieckie przed frontem 38A liczyły ok. 20 tys. żołnierzy i ok. 360 dział i moździerzy.  

Jako, że radzieccy sztabowcy nie wzięli pod uwagę terenu przez które miały nacierać oddziały, warto przedstawić kilka informacji o terenowych aspektach pola walki i organizacji niemieckiej linii obrony na interesującym nas obszarze. Góry zawsze stwarzały i będą stwarzać ogromne trudności komunikacyjne z powodu małej ilości dróg, licznych mostów, tuneli czy znacznego nachylenia stoków. Zauważmy, że na terenach górskich drogi przebiegają dolinami a nad nimi wznoszą się wzgórza. Z militarnego punktu widzenia takie drogi bardzo łatwo zablokować prowadząc ogień z tych właśnie wzgórz. Na obszarze planowanej operacji przebiegało 2 drogi rokadowe, czyli leżące wzdłuż linii frontu. Jedną z nich, o której każdy, kto interesuje się bitwą o Przełęcz Dukielską, słyszał była droga Nowy Żmigród – Dukla a drugą taką drogą rokadową była droga Toki – Sulistrowa – Wietrzno. Do drogi Nowy Żmigród – Dukla, której zdobycie pozwalało na rozwinięcie ataku sił szybkich, czyli czołgów i kawalerii, prowadziło kilka dróg poprzecznych z których najważniejsza była droga Sulistrowa – Draganowa – Głojsce. Drugą taką drogą była ta od Łęk Dukielskich przez Pałacówkę do Teodorówki, ale ona była mało przejezdna dla ciężkiego sprzętu typu czołgi czy ciągniki artyleryjskie. Dlatego o powodzeniu bądź niepowodzeniu całej operacji na naszym lokalnym obszarze decydowała droga Sulistrowa – Draganowa - Głojsce. Zawodowi historycy opisujący niektóre fragmenty walki o Przełęcz Dukielską są stosunkowo dyskretni przy opisie niemieckich umocnień. Trzeba naprawdę porównywać kilka źródeł, by coś ciekawego się dowiedzieć… Wbrew przekonaniu niemiecka linia obrony nie wyglądała tak jak linia frontu w czasie I wojny światowej, gdy okopy ciągnęły się od Szwajcarii po Morze Północne. Niemcy w 1944 roku, nie mieli tylu żołnierzy, by taką linię stworzyć. Zresztą nie było do tego większego uzasadnienia. Wyobrażając sobie przebieg działań militarnych zapominamy też o jednej podstawowej rzeczy: w 1944 roku ziemia była uprawiana a lasy stanowiły znakomitą mniejszość. Teraz będąc na jakimś pagórku widzimy tylko lasy i zagajniki, w 1944 roku widziano tylko puste pola ze znakomitym polem ostrzału z broni maszynowej. Niemiecka druga linia leżała ok. 15 km za pierwszą linią obrony i składała się punktów oporu, których załogę stanowiło ok. 20-30 żołnierzy wyposażonych w 4-5 karabinów maszynowych, 2-4 moździerze i 1 lub 2 działa przeciwpancerne. Punkty te były rozmieszczone tak, aby mogły się wzajemnie osłaniać. Były też dodatkowo osłaniane ogniem artylerii i moździerzy oraz zaporami inżynieryjnymi i minami na bezpośrednim podejściu. Kilka czy kilkanaście takich punktów, odpowiednio rozmieszczonych, praktycznie stanowiło zaporę nie do pokonania bez ogromnych strat ludzkich wśród atakujących. Zwłaszcza, że były usytuowane w punktach, które zapewniały im idealną możliwość ostrzału. Walka w terenie górskim z ograniczoną możliwością poruszania się czy transportu ciężkiego sprzętu zawsze daje przewagę stronie broniącej się. I broniące się oddziały niemieckie to wykorzystały, zwłaszcza, że dowodzący Grupą Armii Henrici (1 Armia Pancerna i 1 Królewska Armia Węgierska), której powierzono obronę Karpat, gen, Gotthard Henrici był najlepszym w niemieckich siłach zbrojnych specjalistą od działań obronnych. Jeszcze przed rozpoczęciem ataku 38 Armii, Niemcy zaczęli przerzucać na odcinek, który w opinii ich sztabowców miał być miejscem ataku, jednostki rezerwowe z innych rejonów frontu, których dyslokacja została całkowicie przegapiona przez radziecki wywiad, co się miało srodze zemścić. Już 9 września w rejon Krosna została przerzucona 75 dywizja piechoty, której oddziały zajęły m.in. pozycje na wschodnim krańcu Chorkówki i 1 dywizja pancerną (posiadała na stanie ok. 20 czołgów PzIV, 25 PzV Pantera, 7 dział pancernych StuG III i 13 niszczycieli czołgów Marder).

8 września 1944 roku, o 8.45, po 80-minutowej (niektóre źródła mówią o 125 minutach) nawale artyleryjskiej, rozpoczął się atak w rejonie Chrząstówka-Turaszówka. Atakującym oddziałom radzieckim stosunkowo łatwo udało się przełamać pierwszą linię oporu niemieckiego, gdzie była skoncentrowana główna siła uderzeniowa. Na pozostałych odcinka, gdzie jednostki radziecka były bardziej rozciągnięte a wsparcie artyleryjskie słabsze, niemiecka obrona stawiała zaciekły opór. Niemieckie dowództwo próbowało wycofać jednostki na tzw. pośrednią linię obrony, która została przełamana po południu ale wkrótce rosyjskie natarcie zaczęło zwalniać. Czołowe dywizje 101 Korpusu, który miał największe zyski terenowe w pierwszym dniu natarcia zostały zatrzymane ogniem ze wzgórz na południe od Chorkówki i Machnówki. W tym czasie 67 Korpus toczył ciężkie walki o Krosno (można nawet spotkać się z opinią, że w Krośnie toczyły się walki uliczne, ale oprócz wspomnień Kiryła Moskalenki nikt o tym nie pisze). 52 Korpus (ten, który miał zająć Jasło) został zatrzymany przez niemiecką obronę w rejonie Moderówki, a jego ataki zostały odparte przez grenadierów ludowych z 545 dywizji gen. Otto Obenausa (to ten generał, który – obok Waltera Gentza – podpisał rozkaz o wysiedleniu Jasła). Porównując plany sztabowców Moskalenki wyraźnie widać, że pierwszy dzień operacji nie zakończył się sukcesem. Niemieckie dowództwo zdając sobie sprawę, że przełamanie linii obrony grozi atakiem na tyły wojsk niemiecko-węgierskich walczących na Węgrzech, w błyskawicznym tempie zaczęło przerzucać w rejon walk inne oddziały, np. 8 Dywizję Pancerną (37 czołgów PzIV i 37 czołgów PzV Pantera), która do tej pory skoncentrowana była w rejonie Krakowa oraz mniejsze jednostki, które nie tyle walczyły, co raczej blokowały oddziały słowackich powstańców.

9 września na odcinku bronionym przez niemiecką 75 dywizję piechoty Rosjanom wspieranym przez czołgi udało się przełamać obronę w północno-zachodniej części Krosna i zająć Bóbrkę ale ich dalsze ataki skończyły się niepowodzeniem z powodu rosnących strat (Niemcy m.in. zniszczyli 5 czołgów, a 3 unieruchomili). Z kolei 208 dywizja ostatecznie straciła Chorkówkę. Po południu Rosjanie przebili się przez las na północ od Kobylan, a po ich zajęciu skierowali atak w stronę Łęk. Leśniówka, która kilkakrotnie przechodziła z rąk do rąk i nie została odbita przez oddziały niemieckie do wieczora. Niemieckie jednostki próbowały kontratakami wyprzeć Rosjan z Kobylan i zablokować wyłom na północny-wschód od wsi Glinik Polski. Przeciwko oddziałom radzieckim w rejonie Glinika został skierowany 1. pancerny batalion rozpoznawczy, którego dowództwo objął kapitan doktor Helmut Koehler oraz 1. pułk grenadierów pancernych majora Helmuta Hupperta, które to oddziały stanowiące część składową 1 Dywizji Pancernej, do ranka 10 września zajęły ponownie Glinik i Umieszcz i utworzyły kolejną linię obrony.

Jak już wcześniej zostało napisane, podstawą powodzenia Operacji Dukielsko-Preszowskiej była szybkość działania a niezmiernie ważnym węzłem komunikacyjnym było Krosno. Niemieccy dowódcy zdając sobie z tego sprawę starali utrzymać się to miasto jak najdłużej przez co pozbawili atakujące wojska najlepszej łączności na odcinku przełamania. Jednostki będące w drugim rzucie, które – zgodnie z planem sztabowców 38A – miały wykonać akcje ofensywne w drugim dniu operacji, musiały do rejonu wyjściowego poruszać się jedną drogą. 9 września drogą z Chorkówki do Kobylan jednocześnie przemieszczały się czołgi 25 Korpusu Pancernego, kawaleria 1 Korpusu Kawalerii Gwardii i jednostki 101 Korpusu, w wyniku czego na całej długości powstawały zatory w których utknęły zarówno czołgi, jak i tabory czy artyleria.

W nocy z 8 na 9 września 1 Czechosłowacki Korpus Armijny otrzymał rozkaz przemieszczenia się w rejon Machnówki i Wrocanki. Ponieważ na obrzeżach Krosna dalej toczyły się walki, trzeba było ominąć miasto i posuwać się błotnistymi, wiejskimi drogami na zachód od Krosna. 3 brygada otrzymała rozkaz natarcia wzdłuż osi Czarnorzeki – Odrzykoń – Świerzowa Polska – Wrocanka – Równe a 1 brygada miała podążać tą samą drogą. Tempo marszu wkrótce zaczęło spadać aż kolumny zatrzymały się całkowicie, bo przed nimi były tyłowe jednostki radzieckie. Zmieniono kierunek marszu. Dookoła panował chaos. 9 września rankiem we mgle oddziały 1 brygady minęły Machnówkę i zbliżały się do wzgórza Grodzisko i Dzwonicka. Maszerujące w kolumnach oddziały zatrzymały się ok. 400-500 metrów przed linią niemieckich okopów i czekały. Niemcy otwierają ogień z karabinów maszynowych a część żołnierzy, dla których był to chrzest bojowy, rzuca się do ucieczki. Strzelają do nich nie tylko Niemcy ale i właśni oficerowie, którzy zabijają co najmniej 2 z nich. Niewątpliwie morale po tych wydarzeniach osiągnęło apogeum. W tym czasie jednostki 3 brygady docierają do Wrocanki i dostają się pod nawałę ogniową z dział i moździerzy. Płoną domy, słychać tylko huk wybuchów pocisków, dookoła padają ranni i zabici. Nawała ogniowa wywołuje panikę u niedoświadczonych żołnierzy, którzy rzucają broń i uciekają. W przeciwieństwie jednak do działań oficerów z 1 brygady, tutaj panikę udaje się opanować bez strzelania do swoich podwładnych. O tym historycy kiedyś nie mówili wcale, a teraz nie mówią zbyt wiele, bo wyidealizowany obraz walk o wzgórze 534, gdzie bohaterowie nie zważając na śmierć i cierpienie, atakowali dzień po dniu, mogłoby to trochę popsuć. O tym, że w czasie walk o wzgórze 534, oficerowie zastrzelili co najmniej 12 własnych żołnierzy, którzy nie chcieli atakować lub wycofywali się bez rozkazu jakoś się nie mówi. Podobnie jak i o samookaleczeniach, które pozwalały uniknąć śmierci w bezsensownych atakach. Wszędzie i zawsze będzie się liczyć propaganda a nie fakty. W tym jednym dniu, 9 września, Czechosłowacki Korpus Armijny stracił 611 ludzi: zabitych, rannych i zaginionych. Ten dzień nazwano później „czarnym piątkiem”. Wprawdzie A. Olejko w książce „Dukielski sak” (tom II, str. 120), pisze, że 14 września Korpus dowodzony przez gen. Svobodę poniósł straty dzienne: 1. Brygada: 298 zabitych, 1269 rannych i 306 zaginionych a 2. Brygada: 68 zabitych, 463 rannych i 505 zaginionych, ale to nie są straty dzienne, tylko podsumowanie strat, które Korpus poniósł od początku Operacji Dukielsko-Preszowskiej. Drobna różnica…

Dowódca 1 Frontu Ukraińskiego I. Koniew szuka winnych niepowodzeń i odwołuje dowódcę Czechosłowackiego Korpusu Armijnego gen. J. Kratochvila oraz dowódcę 25 Korpusu Pancernego gen. Anikuszina, powołując w ich miejsce gen. L. Svobodę, dowódcę 1 brygady i płk. Pietrowskiego. Cóż… Gen. Kratochvil przybył z Anglii i był nominowany przez Beneša a Svoboda przybył ze Związku Radzieckiego i nigdy nie odmówił wykonania rozkazu radzieckich przełożonych wysyłając swoich żołnierzy do bezsensownych ataków na nieistotne ze strategicznego punktu widzenia wzgórze 534…

10 września jednostki niemieckiej 1 dywizji pancernej ponownie zajęły Glinik i Umieszcz oraz zatrzymały w rejonie Majscowej atak Rosjan, czym ustabilizowały linie frontu w tym rejonie. Główny ciężar walk w tym dniu przeniósł się w okolicę Kobylan, gdzie niemiecka 75 dywizja tocząc ciężkie walki powoli wycofywała się na południe od czasu do czasu przeprowadzając skuteczne kontrataki. W tych działaniach obronnych wspierały ją czołgi z 1 dywizji pancernej atakujące drogą Toki – Kobylany. Dokładniej mówiąc, kolumna niemieckich czołgów, które ze względu na warunki terenowe nie były w stanie rozwinąć się w szyk bojowy, podjechała w stronę Kobylan i ostrzelała tę miejscowość, a w momencie w którym dostała się pod ostrzał dział przeciwpancernych z lasu nad Sulistrową, wycofała się. Oddziałom Korpusu Czechosłowackiego udało się po ciężkich walkach zająć Pałacówkę a w nocy z 10 na 11 września zająć wzgórze 534. 11 września z obszaru wzgórza rozpoczęto atak w stronę Teodorówki, co na chwilę przerwało drogę Nowy Żmigród – Dukla ale w nocy z 11 na 12 września oddziałom niemieckim z 75 dywizji udało się odzyskać tę wieś i zepchnąć jednostki czechosłowackie w stronę wzgórza 534.

11 września Rosjanom wreszcie udało się zająć Krosno, a oddziały gwardyjskiej 70 Dywizji Strzelców przecięły drogę Nowy Żmigród – Dukla na odcinku niespełna 2 km pomiędzy Łysą Górą i Głojscami. Udało się im zdobyć wschodni kraniec Łysej Góry, ale nie zajęli całej miejscowości. Czołgi 1 dywizji pancernej próbowały atakować drogą Sulistrowa – Iwla ale po utracie 5-7 wozów bojowych zniszczonych ogniem dział przeciwpancernych wycofali się. Niemcy zdając sobie sprawę ze strategicznego charakteru wzgórza 526 (Łysa Góra II), za wszelką cenę usiłowali go zdobyć uznając je za „schwerpunkt” (strategiczny punkt) całej bitwy. Mając w swoich rękach to wzgórze ma się bowiem zarówno wgląd w drogę Nowy Żmigród – Dukla jak i też drogę Sulistrowa – Iwla, która w tym rejonie była de facto jedyną drogą dostępną nie tylko dla czołgów, kawalerii ale też artylerii i taborów. Dowódca I Frontu I. Koniew, uznając, że przerwanie linii frontu stało się faktem, postanowił w ten wyłom wysłać odziały 1 Korpusu Kawalerii Gwardii gen. Baranowa. Późnym wieczorem najdalej na południe wysunięte pułki kawalerii wkroczyły do lasu na wzgórzach na południe od szosy. Na wschód od Łysej Góry w wyłom wszedł 5 pułk kawalerii, który przez wzgórze Łazy wkroczył do Kątów. Kolejne oddziały (6 i 8) przechodziły przez masyw Polany (650 m) bliżej Głojsc i dotarły do Myscowej. Na prawym skrzydle w wyłom weszły też oddziały 70 dywizji gen. I. Gusiewa, które zajęły Myscową a lewoskrzydłowy 203 pułk posunął się w kierunku góry Dania (696 m) nad Hyrową (odcinek pod Łysą Górą przejęły oddziały 25 Korpusu Pancernego). Niemcy zdając sobie sprawę z zagrożenia zareagowali błyskawicznie i do zablokowania oddziałów gen. Baranowa skierowali ze Słowacji m.in. grupę gen. J. Rintelena, złożoną z jednostek 357 dywizji oraz przystąpili do ataków w rejonie Łysej Góry i Iwli z udziałem 1 dywizji atakującej od strony Dukli i 8 dywizji pancernej atakującej od strony Nowego Żmigrodu, z którymi walczyli kawalerzyści z 2 dywizji kawalerii wspierani przez czołgi i działa samobieżne SU-76 (10 września 38 Armia została wzmocniona m.in. 4 Korpusem Pancernym Gwardii – 59 czołgów T-34 i 9 dział samobieżnych SU-85). Ta walka toczyła się w rejonie, który później został nazwany „Doliną Śmierci”. W ciągu dnia odcinek, który Rosjanie musieli przebyć, aby przedostać się do lasów na odcinku Łazy – Polana znalazł się pod ostrzałem niemieckiej artylerii. Mimo tego, w nocy z 12 na 13 września wznowiono przerzut pozostałych oddziałów Korpusu gen. Baranowa: 1, 4 i 7 pułku, sztabu 1 Korpusu Kawalerii, dywizjony moździerzy i rusznic przeciwpancernych, część artylerii przeciwlotniczej i służby medyczne korpusu. Oddziały te przeszły do Myscowej, a około południa 13 września w rejon Krempnej. Zachodnie skrzydło korytarza ubezpieczał 5 pułk kawalerii, a wschodnie 295 pułk 183 dywizji oraz 70 dywizja, która całością sił wyszła na równoległą do Chyrowej linię wzgórz Borek – Dania – Kiczera, zagrażając lewej flance niemieckiej 75 dywizji (rejon ten Niemcy zabezpieczyli m.in. pułkiem szturmowym 1 armii pancernej). Kolejny przerzut nastąpił w nocy z 13 na 14 września: w las porastający górę Polana weszły ubezpieczające tyły szwadrony 21 i 27 pułku kawalerii, trzy pułki artylerii, reszta dywizjonu moździerzy oraz saperzy z 207 batalionu. W literaturze dominuje pogląd, że korpus gen. Baranowa zabrał ze sobą niewiele broni ciężkiej przez co jego działania ofensywne były ograniczone. Dowódca 38 armii, gen. Moskalenko np. pisał: [Korpus] wszedł w wyłom, mając przy sobie tylko część artylerii – 6 spośród 17 będących w jego dyspozycji 76 mm dział dywizyjnych, 14 z 26 dział pułkowych i 12 z 32 dział przeciwpancernych. 120 mm moździerzy zabrał tylko 2 z 27. Korpus działał bez 122 mm haubic. W istocie liczby podane przez Moskalenkę odnoszą się do sprzętu utraconego przez 1 Korpus Kawalerii w ciągu dwóch tygodni działań na tyłach wroga. Artylerię znajdującą się w dywizjach jazdy przerzucono niemal w całości, natomiast pod Głojscami pozostawiono sprzęt i pojazdy mechaniczne, które nie były w stanie sforsować górskich bezdroży a poza tym, wysyłanie ich bez możliwości zaopatrzenia w paliwo mijało się z celem. Dla pułków, które przedarły się za linię frontu, prawdziwym problemem – szczególnie dla artylerii – było odcięcie dostaw amunicji. To, co zabrano ze sobą, z trudem mogło wystarczyć na dwa-trzy dni niezbyt intensywnych działań. Szczególnie intensywnych działań bojowych jednak Korpus Kawalerii. nie prowadził o co zresztą miał do Baranowa ogromne pretensje dowodzący 1 Frontem Ukraińskim Iwan Koniew.

Niemcy, zdając sobie sprawę z zagrożenia, w rejon przełamania skierowali kolejne jednostki ściągane z innych rejonów frontu a Rosjanie próbowali rozszerzyć wyłom w kierunku Nowego Żmigrodu, gdzie koncentrowały się i przegrupowywały siły niemieckie. W rejonie Łysej Góry 12 września doszło do starcia jednostek radzieckiego 25 Korpusu Pancernego z oddziałami 1 dywizji pancernej, które zakończyły się remisem, bo ani Niemcy nie zajęli Łysej Góry ani Rosjanie nie zajęli Nowego Żmigrodu. Takim atakom, oczywiście, towarzyszył ostrzał artyleryjski: Niemcy strzelali w stronę Łysej Góry a Rosjanie w stronę N. Żmigrodu. Jeżeli ktoś kiedyś zastanawiał się nad tym, kto w 98% zniszczył N. Żmigród to już teraz pewnie się domyśla? Oczywiście, to raczej nie były żadne bitwy pancerne, bo teren nie pozwalał na rozwinięcie szyków bojowych i starcie czołg kontra czołg w boju zbliżeniowym. Tutaj, ze względu na teren, wyglądało to tak, że czołgi działały w małych grupach (7 – 12 wozów) i używane były jako wsparcie artyleryjskie atakujących piechurów. W ogóle, historycy zajmujący się bitwą o Przełęcz Dukielską twierdzą, że doszło tylko do kilku bezpośrednich pojedynków pojazdów pancernych i miało to raczej miejsce w rejonie Kapišowej na Słowacji, gdzie znajduje się słowacka „Dolina Śmierci”. 12 września toczyły się też walki o wzgórze 534, gdzie Niemcy przeprowadzili kontratak i zajęli Pałacówkę, ale kontratak oddziałów czechosłowackich wyparł ich z powrotem. Walki o wzgórze 534 z różnym natężeniem toczyły się dalej ale nie miały one większego znaczenia. Jak wynika z zapisów w „Dzienniku bojowym 1 Czechosłowackiego Korpusu Armijnego w ZSRR”, 16 września 1944 roku doszło do spotkania dowódców batalionów 1 brygady oraz dowódcy tejże brygady z gen. L. Svobodą, podczas którego dowodzący Korpusem został poinformowany o stanie jednostek: żołnierze są zmęczeni, źle przygotowani a ich morale z powodu strat jest na bardzo niskim poziomie. Gen. Svoboda poinformował, że działania Korpusu mają charakter pomocniczy i wydał rozkaz o przeprowadzeniu kolejnego ataku, który – oprócz 27 zabitych – niczego nie zmienił. Historycy, którzy piszą, że Svoboda nigdy nie odmówił przeprowadzenia ataku, który – oprócz strat – nie miał żadnego sensu militarnego chyba się jednak nie mylą?

13 września 1 pancerny batalion rozpoznawczy kapitana Helmuta Koehlera zajął Łysą Górę i wzgórze 526. Niemcy bronili się w okrążeniu dopóki nie przebił się do nich batalion ze 101 dywizji piechoty, bo niemieckie dowództwo przerzucało na zagrożony odcinek kolejne oddziały. Trwały też walki na odcinku zajmowanym przez Korpus Czechosłowacki, gdzie na zmianę wzgórze 534 było tracone i odzyskiwane. Warto jednak pamiętać, że walczyły tam jednostki szczebla kompanii, więc samo to świadczy o tym, że w tym momencie była to walka o punkt o miernym znaczeniu strategicznym. Można, oczywiście, pisać, że zdobycie wzgórza dawało wgląd na Duklę i pozwalało na ostrzał drogi N. Żmigród – Dukla, ale celem operacji dukielsko-preszowskiej nie było zdobycie Dukli jako takiej, a kontrolę nad drogą niczego w gruncie rzeczy nie dawała, bo Niemcy potrafili przerzucać grupy pancerne z Nowego Żmigrodu poprzez Ożenną i Bardejov pod Iwlę…

14 września przegrupowane niemieckie jednostki pancerne rozpoczęły silne kontrataki na odcinku Łysa Góra – Głojsce starając się zablokować lukę w obronie i odciąć jednostki Korpusu Kawalerii gen. Baranowa od głównych sił 38 Armii. 8 dywizja pancerna atakowała z rejonu Iwli w stronę Głojsc i po ciężkiej walce odepchnęła jednostki radzieckie, przedzierając się na południe i południowy-wschód od tej miejscowości. Po południu wybuchły ciężkie walki w okolicy Łysej Góry, gdzie oddziały 1 dywizji pancernej odepchnęły oddziały 25 Korpusu Pancernego. Oddział kpt. Koehlera nadal bronił wzgórza 526 za co kpt. Koehler otrzymał Krzyż Rycerski, a dowodzony przez niego oddział osobiste podziękowania od gen. Henriciego. Oddział kpt. Koehlera bronił wzgórze 526 do 20 września, gdy został zastąpiony przez pancerny batalion zwiadowczy z 24 dywizji pancernej. Zablokowanie przez Niemców drogi Sulistrowa – Iwla i zlikwidowanie wyłomu w linii obrony skutkowało nie tylko odcięciem Korpusu Baranowa, ale też okrążeniem oddziałów 70 dywizji, co wreszcie uświadomiło radzieckim sztabowcom, że należy szukać innych rozwiązań, które przezwyciężą impas w którym znalazła się Operacja Dukielsko-Preszowska, która już wtedy była porażką, by nie powiedzieć, klęską. Warto pewnie przypomnieć w tym miejscu, że 11 września – zgodnie z planem - radzieckie oddziały miały zająć Prešow a toczyły walki 90 km od tego miejsca…

Od 15 września ciężar walk został przeniesiony w okolicę Rymanowa na lewe skrzydło 38 Armii, gdzie radziecki 4 Korpus Pancerny Gwardii rozpoczął atak w stronę Dukli. Wprawdzie Rosjanie ponieśli w tych atakach ciężki straty, ale Niemcy zostali zmuszeni do wycofania się. Zacięte walki trwały nadal na zachód od Dukli w rejonie Iwla – Chyrowa, gdzie z okrążenia próbowały się wyrwać oddziały radzieckiej 70 dywizji. W okolicach wzgórza 534 nadal toczyły się walki: żołnierze Svobody atakowali, Niemcy kontratakowali. W „Dzienniku bojowym 1 Czechosłowackiego Korpusu Armijnego w ZSRR” z 15 września znalazł się zapis, że podczas walk 14 i 15 września, ogniem broni strzeleckiej, artylerii i moździerzy, Korpus zlikwidował 1571 żołnierzy i oficerów niemieckich… Cóż… Gdy nie ma sukcesów, zawsze można je sobie stworzyć. I ktoś się jeszcze dziwi, że można się spotkać z informacjami, że Niemcy podczas Operacji Dukielsko-Preszowskiej stracili 100 tys. ludzi?

16 września na prawym skrzydle 1 dywizji pancernej Rosjanom ponownie udało się otworzyć wyłom w niemieckiej obronie, Niemcy stracili Iwlę, a 70 dywizji udało się wyrwać z okrążenia.

17 września wyglądał podobnie: główny wysiłek atakujących przesunął się na lewe skrzydło, czyli w strefę, gdzie nacierał 4 Korpus Pancerny Gwardii. Ponoszący coraz większe straty Rosjanie zostali zmuszeni do przegrupowania i wzmocnienia swoich sił w tym rejonie. Niemieckie dowództwo również w tym czasie przegrupowywało swoje siły przygotowując atak na Iwlę.

18 września Niemcy przeprowadzili atak od strony Nowego Żmigrodu grupą bojową liczącą 15 czołgów w stronę Iwli na oddziały radzieckiego 101 Korpusu. Atak został odparty. Częściowo za to udał się atak nowoprzybyłej na ten odcinek frontu 24. Dywizji pancernej (8 Pz III, 33 Pz IV i 36 StuG i StuH), która zajęła stanowiska bojowe w rejonie Nowego Żmigrodu i Siedlisk Żmigrodzkich. Atakując w kierunku Draganowej (drogą NowyŻmigród - Siedliska Żmigrodzkie - Makowiska) odniosła częściowy sukces, ale już wieczorem otrzymała rozkaz przerwania natarcia i przygotowania natarcia w kierunku południowym. Walki toczyły się też o wzgórze 534 – Korpus Svobody za ten dzień odnotował 1 zabitego i 4 rannych…

19 września atakujące na lewym skrzydle 38A radzieckie jednostki pancerne przerwały niemiecką linię obrony i wdarły się w rejon Rudawki Rymanowskiej. W rejonie Iwli zmęczone i wyczerpane walką jednostki 1 dywizji pancernej na których spoczywał główny ciężar obrony były sukcesywnie zastępowane przez jednostki 24 dywizji. W tym dniu Korpus Czechosłowacki ostatecznie zajął wzgórze 534. Było to tym łatwiejsze, że w związku z przełamaniem na lewym skrzydle 38A Niemcy musieli opuścić dotychczas zajmowaną linię frontu i cofnąć się o 10-12 km, na nowe pozycje. Zdobywanie wzgórza 534 i wszelkie związane z tym mity, bardzo mocno przypominają znane z polskiej historii zdobywanie Monte Cassino, które przez żołnierzy II Korpusu zostało zdobyte zaraz po tym, jak oddziały francuskie przełamały niemiecką obrony i Niemcy zmuszeni zostali do wycofania się. Czy jednak ma to znaczenie w świetle tego, ile pięknych książek napisano o tej walce? Zresztą, jest taka piękna zasada, że im większy bezsens tym piękniejsza literatura…

Linia frontu na naszym terenie zatrzymała się i nie zmieniała się aż do rozpoczęcia ofensywy styczniowej w 1945 roku. Walki przeniosły się poza gminę Nowy Żmigród i trwały z różnym natężeniem dalej. Przedwojenną granicę polsko-czechosłowacką oddziały gen. Svobody przekroczyły 6 października, powstanie na Słowacji zakończyło się 28 października. Z powstaniem wiąże się jeszcze jedno bardzo ciekawe wydarzenie związane z 2 Czechosłowacką Samodzielną Brygadą Desantową… Jak pamiętamy w październiku 1943 roku na stronę radziecką pod Kachowką przeszło ponad dwa tysiące słowackich oficerów i żołnierzy. Na wniosek Beneša skierowany do Stalina, stworzono z nich Samodzielną Brygadę Desantową. Była to najlepiej wyszkolona jednostka 1 Czechosłowackiego Korpusu Armijnego, która – jak liczył - Słowacki Sztab Wojskowy kierowany przez Goliana, zostanie przerzucona drogą lotniczą na pomoc powstańcom. Rosjanie mieli jednak inne i wpierw wysłali tych żołnierzy do walki o tak istotne miejscowości jak Nowosielce, Pielnię czy Besko a po parunastu dniach, gdy straciła ponad 620 ludzi: zabitych, rannych i zaginionych, zapadła decyzja o jej przerzucie na Słowację. Pierwsze oddziały Brygady na lotnisku Tri Duby wylądowały dopiero 6 października. Początkowo żołnierze walczyli naprawdę dobrze, ale gdy lepiej zorientowali się w tym, co się dzieje na terenie zajętym przez powstańców, większość z nich po prostu rozeszła się do domów. Trudno się im dziwić, że się trochę pogubili, bo wpierw z faszystami atakowali komunistów, a potem z komunistami atakowali faszystów… Trudno zrozumieć w którym momencie byli bohaterami, a w którym zdrajcami…

Walki, z różnym natężeniem, toczyły się dalej a Rosjanie powoli „przegryzali” się przez Karpaty. 6 października żołnierze Korpusu Svobody przekroczyli granicę polsko-czechosłowacką. Powstanie na Słowacji upadło 28 października, bo niewielu chciało się jeszcze walczyć: ludność cywilna zachowywała obojętność, bo nie miała powodu wspierać tych, którzy chcieli ją pozbawić własnego państwa; ochotnicy, gdy zorientowali się, że walka wiąże się z ryzykiem dezerterowali na masową skalę. Niemcy, czyli oddziały SS, bo to była operacja SS, systematycznie zajmowali kolejne miejscowości, których nie miał kto bronić. To, że była to operacja prowadzona przede wszystkim przez jednostki SS podważa nieco opinię, że powstanie angażowało jednostki Wehrmachtu, dzięki czemu miało wpływ na przebieg działań na froncie wschodnim. Niestety, nie miało. Czasami pisze się o pomocy rosyjskiej przesyłanej drogą powietrzną zapominając jednocześnie o podaniu drobnego szczegółu, że była to pomoc kierowana nie do armii powstańczej tylko do oddziałów partyzanckich, które wykonywały rozkazy nie Goliana czy Viesta tylko rozkazy Strokacza. Jak to kiedyś ktoś napisał: tylko kłamstwo jest proste, prawda bywa bardziej skomplikowana.

Jedną z niemieckich jednostek, która walczyła na naszym terenie była 8 dywizja pancerna, które walki na tym odcinku frontu wschodniego zakończyła w październiku. W raporcie Oberkommando der Wehrmacht z 19 października napisano m.in., że 8 dywizja pancerna i jednostki artylerii 24 Korpusu Pancernego udowodniły swoją klasę bojową, co jednak odbyło się kosztem wielkich strat. Podczas walk na odcinku dukielskim zginęło 4 oficerów i 212 żołnierzy, 22 oficerów i 808 żołnierzy zostało rannych, a 85 żołnierzy zaginęło. Trochę to jednak podważa informacje, że w czasie Operacji Dukielsko-Preszowskiej Niemcy stracili 60 czy 100 tys. żołnierzy, a sam Korpus Svobody w jeden dzień zlikwidował ponad półtora tysiąca żołnierzy niemieckich… Historycy – moja prywatna opinia! – nie analizują danych, tylko przepisują raporty bojowe jednostek nie zastanawiając się nad ich wiarygodnością. Jeżeli w raporcie znajdzie się zapis, że w bitwie o Przełęcz Dukielską słowacki czołgista widział Tygrysy i Ferdynandy, to historyk to przepisze nie weryfikując tej informacji…

Do tej pory nie została ustalona liczba strat walczących stron. Kiedyś, ze względów propagandowych, mówiono nawet o 80 tys. zabitych żołnierzach Armii Czerwonej i 90 tys. żołnierzach niemieckich. Teraz te dane są nieco inne. 38 Armia, która prowadziła walki w ramach Operacji Dukielsko-Preszowskiej, wg. danych z Centralnego Archiwum Ministerstwa Obrony Narodowej Federacji Rosyjskiej, straciła 12 779 zabitych oraz 48 428 rannych i zaginionych (dane nie obejmują strat 4 Korpusu Pancernego i 31 Korpusu Pancernego)… Straty niemieckie są szacowane na 20-70 tys. zabitych, rannych i zaginionych. Spora rozbieżność i aż dziw bierze, że do tej pory nie udało się ustalić bardziej przybliżonej liczby. Być może wynika to z tego, że Operacja Dukielsko-Preszowska jest jakby tematem tabu, bo trzeba byłoby jednak przyznać, że niezwyciężona Armia Czerwona dostała w Karpatach od Niemców łomot a walki o wzgórze 534 to wykreowany propagandowy mit? A jak wiadomo, walka z mitami bywa trudna…

I jeszcze jedno: w Siedliskach Żmigrodzkich, jeszcze kilkanaście lat temu pod studnią w centrum wsi, leżała klapa włazu niemieckiego transportera opancerzonego. Teraz już wiemy, że pochodził z 24 dywizji pancernej…

Walki przeniosły się poza naszą gminę, pozostały ślady okopów czy czasami wykopywane szczątki poległych żołnierzy niemieckich…

Opinia z Internetu: Słowackie powstanie było konieczne po to, żeby na osiem miesięcy przed zakończeniem wojny Słowacja mogła w glorii chwały przeskoczyć z obozu sojuszników III Rzeszy do obozu zwycięskiej koalicji antyhitlerowskiej. Te kilkanaście tysięcy ofiar nie stanowiło wysokiej ceny jaką za to zapłaciła. Aż korci zapytać, czy na grobach ofiar zostało zamieszczone takie epitafium…

SP_READ_MORE